Aureliusza Augustyna Wyznań Ksiąg Trzynaście 1stary
Spis treści
- Liber Primus
- Księga Pierwsza
- Rozdział I, 1
- Caput I, 1
- Rozdział I, 2
- Caput I, 2
- Rozdział I, 3
- Caput I, 3
- Rozdział I, 4
- Caput I, 4
- Rozdział I, 5
- Caput I, 5
- Rozdział I, 6
- Caput I, 6
- Rozdział I, 7
- Caput I, 7
- Rozdział I, 8
- Caput I, 8
- Rozdział I, 9
- Caput I, 9
- Rozdział I, 10
- Caput I, 10
- Rozdział I, 11
- Caput I, 11
- Rozdział I, 12
- Caput I, 12
- Rozdział I, 13
- Caput I, 13
- Rozdział I, 14
- Caput I, 14
- Rozdział I, 15
- Caput I, 15
- Rozdział I, 16
- Caput I, 16
- Rozdział I, 17
- Caput I, 17
- Rozdział I, 18
- Caput I, 18
- Rozdział I, 19
- Caput I, 19
- Rozdział I, 20
- Caput I, 20
- Księga Pierwsza
- Księga II
- Liber II - Rozdział II, 1 - Rozdział II, 2 - Caput II, II - Rozdział II, 3 - Rozdział II, 4 - Caput II, 4 - Rozdział II, 5 - Caput II, 5 - Rozdział II, 6 - Caput II, 6 - Rozdział II, 7 - Caput II, 7 - Rozdział II, 8 - Caput II, 8 - Rozdział II, 9 - Caput II, 9 - Rozdział II, 10 - Caput II, 10
- Księga III - Rozdział III, 1 - Caput III, 1 - Rozdział III, 2 - Caput III, 2 - Rozdział III, 3 - Caput III, 3 - Rozdział III, 4 - Caput III, 4 - Rozdział III, 5 - Caput III, 5 - Rozdział III, 6 - Caput III, 6 - Rozdział III, 7 - Caput III, 7 - Rozdział III, 8 - Caput III, 8 - Rozdział III, 9 - Caput III, 9 - Rozdział III, 10 - Caput III, 10 - Rozdział III, 11 - Rozdział III, 12 - Caput III, 12
- Księga IV
- Liber IV - Rozdział IV, 1 - Caput IV, 1 - Rozdział IV, 2 - Caput IV, 2 - Rozdział IV, 3 - Rozdział IV, 4 - Caput IV, 4 - Rozdział IV, 5 - Caput IV, 5 - Rozdział IV, 6 - Caput IV, 6 - Rozdział IV, 7 - Caput IV, 7 - Rozdział IV, 8 - Caput IV, 8 - Rozdział IV, 9 - Caput IV, 9 - Rozdział IV, 10 - Caput IV, 10 - Rozdział IV, 11 - Caput IV, 11 - Rozdział IV, 12 - Caput IV, 12 - Rozdział IV, 13 - Caput IV, 13 - Rozdział IV, 14 - Caput IV, 14 - Rozdział IV, 15 - Caput IV, 15 - Rozdział IV, 16 - Caput IV, 16
- Księga V
- Liber V - Rozdział V, 1 - Caput V, 1 - Rozdział V, 2 - Rozdział V, 3 - Caput V, 3 - Rozdział V, 4 - Caput V, 4 - Rozdział V, 5 - Caput V, 5 - Rozdział V, 6 - Rozdział V, 7 - Caput V, 7 - Rozdział V, 8 - Caput V, 8 - Rozdział V, 9 - Caput V, 9 - Rozdział V, 10 - Caput V, 10 - Rozdział V, 11 - Caput V, 11 - Rozdział V, 12 - Caput V, 12 - Rozdział V, 13 - Caput V, 13 - Rozdział V, 14 - Caput V, 14
- Księga VI - Rozdział VI, 1 - Caput VI, 1 - Rozdział VI, 2 - Caput VI, 2 - Rozdział VI, 3 - Caput VI, 3 - Rozdział VI, 4 - Caput VI, 4 - Rozdział VI, 5 - Caput VI, 5 - Rozdział VI, 6 - Caput VI, 6 - Rozdział VI, 7 - Caput VI, 7 - Rozdział VI, 8 - Caput VI, 8 - Rozdział VI, 9 - Caput VI, 9 - Rozdział VI, 10 - Rozdział VI, 11 - Caput VI, 11 - Rozdział VI, 12 - Caput VI, 12 - Rozdział VI, 13 - Caput VI, 13 - Rozdział VI, 14 - Caput VI, 14 - Rozdział VI, 15 - Caput VI, 15 - Rozdział VI, 16 - Caput VI, 16
- Księga VII - Rozdział VII, 1 - Caput VII, 1 - Rozdział VII, 2 - Caput VII, 2 - Rozdział VII, 3 - Caput VII, 3 - Rozdział VII, 4 - Caput VII, 4 - Rozdział VII, 5 - Caput VII, 5 - Rozdział VII, 6 - Caput VII, 6 - Rozdział VII, 7 - Rozdział VII, 8 - Caput VII, 8 - Rozdział VII, 9 - Caput VII, 9 - Rozdział VII, 10 - Caput VII, 10 - Rozdział VII, 11 - Caput VII, 11 - Rozdział VII, 12 - Caput VII, 12 - Rozdział VII, 13 - Caput VII, 13 - Rozdział VII, 14 - Caput VII, 14 - Rozdział VII, 15 - Caput VII, 15 - Rozdział VII, 16 - Caput VII, 16 - Rozdział VII, 17 - Caput VII, 17 - Rozdział VII, 18 - Caput VII, 18 - Rozdział VII, 19 - Caput VII, 19 - Rozdział VII, 20 - Caput VII, 20 - Rozdział VII, 21 - Caput VII, 21
- Księga VIII
- Liber VIII - Rozdział VIII, 1 - Caput VIII, 1 - Rozdział VIII, 2 - Caput VIII, 2 - Rozdział VIII, 3 - Caput VIII, 3 - Rozdział VIII, 4 - Caput VIII, 4 - Rozdział VIII, 5 - Caput VIII, 5 - Rozdział VIII, 6 - Caput VIII, 6 - Rozdział VIII, 7 - Caput VIII, 7 - Rozdział VIII, 8 - Caput VIII, 8 - Rozdział VIII, 9 - Caput VIII, 9 - Rozdział VIII, 10 - Caput VIII, 10 - Rozdział VIII, 11 - Caput VIII, 11 - Rozdział VIII, 12 - Caput VIII, 12
- Księga IX
- Liber IX - Rozdział IX, 1 - Caput IX, 1 - Rozdział IX, 2 - Caput IX, 2
/table
#Confessiones
Liber Primus
Księga Pierwsza
Rozdział I, 1
Caput I, 1
Wielki jesteś, Panie, i bardzo chwalebny: wielka jest moc twoja, a mądrości twojej nie masz miary. I chwalić cię chce człowiek, ta cząstka stworzenia twojego, człowiek obnoszący śmiertelność swoją, obnoszący świadectwo grzechu swojego i świadectwo, że pysznym się sprzeciwiasz: jednak chwalić cię pragnie człowiek, ta cząstka stworzenia twojego. Ty go pobudzasz, by cię chwalić lubił, ku sobie nas bowiem stworzyłeś i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w tobie. Daj mi, Panie, poznać i zrozumieć: czy najpierw cię wzywać, czy też chwalić ciebie, a poznawać ciebie zanim cię wzywać? Lecz kto miałby cię wzywać nie znając ciebie? Nie znając, mógłby bowiem coś innego wzywać. Czy może raczej cię wzywać, żeby poznać ciebie? Ale jak mają wzywać tego, w którego nie uwierzyli? I jak mają wierzyć, jeśli nie z głoszenia? A chwalić Pana będą, którzy go szukają. Szukający zaś znajdą go, a znalazłszy będą go chwalić. Niechże cię szukam, Panie, wzywając cię, a niechże wzywam wierząc w ciebie: bowiem głoszono nam ciebie. Wzywa cię, Panie, wiara moja, którą mi dałeś, którą tchnąłeś we mnie przez człowieczeństwo Syna twego, przez służbę głosiciela twojego.
Rozdział I, 2
Caput I, 2
A jak wezwę Boga mojego, Boga i Pana mojego, jeśli nie w siebie samego go wezwę, gdy wzywać go będę? A jakie to we mnie jest miejsce, gdzie wejść ma we mnie Bóg mój? Gdzie Bóg wejdzie we mnie, Bóg, który stworzył niebo i ziemię? Cóż to, Panie Boże mój, jest to we mnie miejsce, które ciebie pomieści? Czy nawet niebo i ziemia, które stworzyłeś i w których mnie stworzyłeś, pomieszczą ciebie? A może przez to, że bez ciebie nie byłoby tego, co jest, powinno wszystko, co jest, ciebie mieścić? A może i ja sam, który proszę, byś wszedł do mnie, nie istniałbym, gdyby ciebie we mnie nie było? Nie ma mnie przecież w piekle, a ty nawet i tam jesteś: nawet gdybym zstąpił do piekieł, tam jesteś. Czyli nie byłoby mnie, Boże mój, zupełnie by mnie nie było, gdybyś ty nie był we mnie. A może nie byłoby mnie, gdybym nie był w tobie, z którego wszystko, przez którego wszystko, w którym wszystko? Właśnie tak, Panie, właśnie tak. Dokąd to cię wezwę, kiedy w tobie jestem? Albo skąd wejdziesz we mnie? Gdzie miałbym wyjść poza niebo i ziemię, żeby wszedł do mnie Bóg mój, który rzekł: niebo i ziemię ja napełniam?
Rozdział I, 3
Caput I, 3
Czy więc pomieszczą cię niebo i ziemia, skoro je napełniasz? Czy napełniasz i coś pozostaje, bo cię nie pomieszczą? I gdzie wylejesz to, co pozostaje z ciebie, gdy napełnisz niebo i ziemię? A może nie potrzeba, żeby coś ciebie zawierało, bo ty zawierasz wszystko - bo co napełniasz, zawierając napełniasz? Bo przecież naczynia, które są ciebie pełne, nie zatrzymują cię, a gdy się stłuką, nie wylewasz się. Lecz gdy się na nas wylewasz, nie spadasz, lecz nas podnosisz; nie rozpraszasz się, lecz nas zbierasz. A skoro napełniasz wszystko - czy cały wszystko napełniasz? Bo przecież nie może ciebie całego wszystko zawrzeć: czy zawiera więc tylko część ciebie i czy wszystkie rzeczy tę samą część zawierają? Czy też pewne rzeczy zawierają pewne części, i czy większe rzeczy większe części, a mniejsze - mniejsze części zawierają? Czy jest więc w tobie jakaś część większa, a jakaś - mniejsza? Czy też wszędzie cały jesteś, a żadna rzecz całego ciebie nie zawrze?
Rozdział I, 4
Caput I, 4
Czymże więc jesteś, Boże mój? Czym, pytam, jeśli nie Panem Bogiem? Bo któż jest Panem prócz Pana? I któż Bogiem prócz Boga naszego? O najwyższy, najlepszy, najpotężniejszy, wszechnajpotężniejszy, najmiłosierniejszy i najsprawiedliwszy, najtajniejszy i najobecniejszy, najpiękniejszy i najmocniejszy, trwały i nieuchwytny, niezmienny, a wszystko zmieniasz, nigdy nowy, nigdy stary, wszystko odnawiasz, a do starości wiedziesz pysznych niewiedzący; zawsze czynny, zawsze spokojny, zbierasz, a nie potrzebujesz, niesiesz, napełniasz i chronisz, stwarzasz i żywisz, doskonalisz, szukasz, gdy nic ci nie braknie. Choć kochasz, nie spalasz się; zawzięty jesteś, ale pewny; żałujesz, a nie zamartwiasz się, gniewasz się, a jesteś spokojny. Dzieła zmieniasz, ale nie zamysły; przygarniasz, co napotkasz, choć tego nie zgubiłeś; nigdy ubogi - radujesz się zyskiem; choć nigdy chciwy - wymagasz procentów. Nadpłaca ci się, byś ty był dłużnikiem - a kto ma cokolwiek, co nie byłoby twoje? Długi oddajesz, nic winien nie będąc; długi darowujesz, niczego nie tracąc. I co powiemy, Boże mój, życie moje, słodyczy moja święta, albo i co też mówi ten, kto mówi o tobie? Ale biada milczącym o tobie: choć wielomówni, są niemi.
Rozdział I, 5
Caput I, 5
Co da mi spocząć w tobie? Co da mi, że wejdziesz w serce moje i upoisz je, by zapomniało nędze moje i ciebie objęło, jedyne dobro moje? Czym dla mnie jesteś? Zmiłuj się, a powiem. Czym ja dla ciebie jestem, że kochać się rozkazujesz, a kiedy nie kocham, gniewasz się na mnie i zamyślasz straszne nieszczęścia? A bo to małe nieszczęście, kiedy bym ciebie nie kochał? O biada mi! Powiedzże mi, przez litość swoją, Panie, Boże mój, czym masz być dla mnie. Powiedz mej duszy: jam twoim zbawieniem. Tak powiedz, bym słyszał. Oto uszy serca mego przed tobą, Panie; otwórz je i powiedz mej duszy: jam twoim zbawieniem. Pobiegnę za tym głosem i pochwycę ciebie. Oblicza swego nie zakrywaj przede mną: umarłbym, by nie umrzeć, ale je oglądać. Ciasny jest domek duszy mojej: gdy wejdziesz, ty go rozszerzysz. Rozpada się: podnieśże go. Są tam i rzeczy, co rażą twe oczy: wiem i wyznaję, ale jak go zmienić? Albo do kogo wołać będę, jeśli nie do ciebie: "od ukrytych przewin oczyść mnie, a od cudzych uchroń sługę swego^[Ps 18,13-14]"? Wierzę, dlatego i mówię. Panie, ty wiesz. Czy sam nie oskarżałem się przed tobą z moich przewin, Boże mój, a ty odpuściłeś bezbożność serca mojego? Nie będę się prawował z Tobą, któryś prawdą jest; ani nie będę się oszukiwał, by moja niegodziwość nie kłamała samej sobie. Nie będę się więc z tobą prawował, bo jeśli ty winy zachowasz, Panie - O, Panie, któż się ostoi^[Ps 129 ,3]?
Rozdział I, 6
Caput I, 6
Lecz pozwól mi mówić do miłosierdzia twojego, pozwól mnie, ziemi i popiołowi. Pozwól mi mówić, bo do twego miłosierdzia mówię, a nie do człowieka-prześmiewcy. Może i ty śmiejesz się ze mnie, ale zwrócisz się i zmiłujesz nade mną. Co więc chcę powiedzieć, Panie? Chyba tylko, że nie wiem, skąd tu przyszedłem, do tego życia śmiertelnego, czy też śmierci żyjącej. Nie wiem. A przyjęli mnie ze wszystkimi radościami miłosierdzia twojego, jak słyszałem od ojca i matki ciała mego, z którego i w której mnie ukształtowałeś w czasie; ja przecież tego nie pamiętam. Dostałem najpierw radości mleka ludzkiego: a przecież to nie matka ani moje karmicielki napełniały sobie piersi, ale ty przez nie dawałeś mi pokarm niemowląt, według postanowienia swojego, bo bogactwa aż po krańce rzeczy rozdzielasz. Nie chciałem zaś więcej, niż dawałeś, a karmicielki moje chciały dawać mi to, co ty im dawałeś: dzięki naturalnym uczuciom chciały dawać mi, co od ciebie miały w obfitości. Bo dobre było i dla nich, co dla mnie od nich było dobre, a przecież nie "od nich", ale raczej "przez nie": bo od ciebie jest wszelkie dobro, Boże, i od Boga mojego całe zbawienie moje. Tego dowiedziałem się później, kiedy wołałeś mnie poprzez dary, których mi udzieliłeś, we mnie i na zewnątrz - bo wtedy tylko ssać potrafiłem, i utulić się błogo, płakać zaś, gdy mi coś dolegało. Nic więcej. Potem zacząłem się uśmiechać, najpierw przez sen, potem czuwający. Tak mi opowiedzieli, a ja wierzę, bo to widzimy u innych niemowląt. Ja sam tego nie pamiętam. Wkrótce zacząłem wyczuwać, gdzie jestem i wolę moją chciałem okazać tym, którzy mogli ją wypełnić, ale nie potrafiłem, bo moje chęci były we mnie, a oni na zewnątrz, i żadnym zmysłem nie mogli wniknąć do duszy mojej. Używałem więc ruchów i głosu, znaków oznaczających moje chęci, jak potrafiłem, a niewiele potrafiłem, więc nie były to znaki udatne. Gdy nie spełniano mej woli, czy to nie rozumiejąc, czy też dlatego, że spełnienie mojej chęci mogłoby mi zaszkodzić, gniewałem się, że starsi nie chcą mi być poddani, a wolni ludzie nie chcą mi służyć, i płakałem, żeby się zemścić. Takie są niemowlęta, które miałem okazję poznać i one to potwierdziły, choć nieświadomie, że i ja taki byłem, lepiej niż moi świadomi opiekunowie. I tak zginęło moje niemowlęctwo, a ja żyję. Ty zaś, Panie, który zawsze żyjesz i nic w tobie nie umiera, przed zaczątkami wieków i przed wszystkim o czym mogę powiedzieć, że było "przedtem" - ty jesteś. I Bogiem jesteś i Panem wszystkiego, coś stworzył, i w tobie stoją podstawy wszystkiego, co niestabilne, i trwają początki wszystkiego, co zmienne, i żyją wieczne przyczyny wszystkiego, co nieracjonalne i czasowe. Powiedz mi, błagam cię, Boże, zmiłuj się nad swoim biedakiem i powiedz mi, czy moje niemowlęctwo było po jakimś okresie mojego życia, co zginął wcześniej? Czy to czas, kiedy byłem w łonie mojej matki? Bo i o tym mi co nieco opowiadano, a i sam widziałem kobiety w ciąży. Ale co przedtem, słodyczy moja, Boże mój? Czy byłem gdzieś albo i czymś? Bo nie ma mi kto o tym opowiedzieć: ani ojciec, ani matka nie potrafili, ani doświadczenie innych ani pamięć moja. Może uśmiechasz się teraz, że cię o to rozpytuję, kiedy powinienem raczej chwalić cię za to, co wiem i powierzać się tobie? Powierzam się tobie, Panie nieba i ziemi, i chwałę twą głoszę za zaczątki moje i niemowlęctwo, których nie pamiętam. Bo dałeś człowiekowi, że potrafi z innych o sobie wnioskować, a i dowiedzieć się dużo od wiedzących kobiet. Byłem więc wtedy i żyłem, a pod koniec niemowlęctwa zacząłem próbować jakimiś znakami oznajmiać moje doznania innym. Skądże więc taka istotka, jeśli nie z ciebie, Panie? Czy ktoś potrafi sam siebie stworzyć? Albo czy jest jakaś tętnica, którą życie i istnienie płynie w nas poza tą, którą ty nas tworzysz? Ty, Panie, któremu istnienie i życie są jednym, bowiem najbardziej istnieć i najbardziej żyć - to jedno i to samo? Najbardziej bowiem jesteś i nie zmieniasz się, ani nie przemija w tobie dzień dzisiejszy, a jednak w tobie przemija, bo w tobie jest to wszystko: nie miałoby bowiem dróg przemijania, gdybyś ich w sobie nie zawierał. A że lata twoje nie ustaną, dzień dzisiejszy jest latami twoimi. Jak to wiele już dni naszych i dni ojców naszych przeszło przez twoje dzisiaj, i z niego przyjęły miarę i sposób istnienia, a przeminą i dalsze, co z twojego dzisiaj przyjmą sposób istnienia. A ty taki sam jesteś i każde jutro i co jeszcze późniejsze, i każde wczoraj i co jeszcze wcześniejsze - ty dzisiaj czynisz, dziś uczyniłeś. No i co z tego, że ktoś nie rozumie? Niech i on cieszy się mówiąc "co to znaczy?" Niechaj i on się cieszy i niech kocha to nie znajdujące znajdowanie, bo lepsze to niż się dowiedzieć, ale ciebie nie znaleźć.
Rozdział I, 7
Caput I, 7
Wysłuchaj, o Boże. Biada grzechom ludzi! A człowiek tak mówi i zmiłujesz się nad nim, bowiem ty go stworzyłeś, a grzechu w nim nie stworzyłeś. Kto mi przypomni grzechy niemowlęctwa mojego, bo nikt nie jest czysty od grzechu przed tobą, nawet niemowlę, które dzień jeden żyje na ziemi? Kto mi przypomni? Kto, jeśli nie jakieś malutkie dziecko, w którym widzę to, czego o sobie nie pamiętam? Czym więc wtedy grzeszyłem? Czy tym, że wyrywałem się z płaczem do piersi? Gdybym teraz tak się wyrywał, nie do piersi, ale do jedzenia odpowiedniego dla mego wieku, wyśmiano by mnie słusznie i skarcono. Wtedy robiłem coś godnego nagany, ale ponieważ nie mogłem jej zrozumieć, zwyczaj i rozum nie pozwalały mnie karcić, zresztą przestajemy tak robić dorastając. A nie widziałem kogoś rozsądnego, kto sprzątając, wyrzucałby coś cennego. Ale czy nawet wtedy było dobre, że z płaczem domagałem się czegoś, co by mi zaszkodziło, że gniewałem się wściekle na ludzi wolnych i starszych, bo nie chcieli mi się poddawać? Nawet i na tych, z którym się urodziłem. Starałem się jak mogłem sprawić przykrość mądrzejszym ode mnie ludziom, bijąc ich, bo nie słuchali moich rozkazów, których wypełnianie tylko by mi zaszkodziło? U niemowląt niewinna jest słabość ich ciała, a nie ich serce. Widziałem na własne oczy zawzięte dziecko: jeszcze mówić nie umiało, a blade ze złości piorunowało wzrokiem swego mlecznego brata. Kto tego nie zna? "Poprawi się", mówią matki i opiekunki, ale ja nie wiem, jakim sposobem. Czy to ma być niewinność? Nie cierpieć towarzysza - u źródła mleka płynącego obficie i nadmiernie - choć on także potrzebuje tego pokarmu i tylko dzięki niemu żyje. Znosimy takie rzeczy nie dlatego, że są błahe czy nieważne, ale dlatego, że się z nich wyrasta, i to dobrze, ale nie sposób takiego zachowania ignorować u kogoś doroślejszego. ^poqpyj
Ty zatem, Panie Boże mój, dałeś niemowlęciu życie i ciało, które, w widzialny sposób, wyposażyłeś w zmysły, złożyłeś w całość członki, przyozdobiłeś kształtem, a dla jego całości i bezpieczeństwa zaszczepiłeś w nim całą przemyślność ożywiającej je duszy. Ty każesz mi wysławiać ciebie w tym wszystkim i powierzać się tobie i psalmy śpiewać imieniu twemu, Najwyższy, bo byłbyś Bogiem wszechmogącym i dobrym nawet gdybyś jedynie to stworzył, czego nikt inny poza tobą stworzyć nie potrafi, o Jedyny, z którego jest wszelka miara; Najpiękniejszy, który kształtujesz wszystko i prawem swoim wszystko porządkujesz.
W tym więc wieku, Panie, nie pamiętam, jak żyłem, ale wierzę, co mówią mi o nim inni, i wnioskowałem o nim z zachowania innych niemowląt, co zresztą pozwala wyciągnąć mocne wnioski. Boli mnie, że muszę zaliczyć wiek ten do życia mojego, które przeżywam w tej doczesności, bo mrok zapomnienia ogarnia ten czas, tak samo jak czas, kiedy żyłem w łonie mojej matki. A jeśli w nieprawości jestem poczęty i w grzechach nosiła mnie w łonie matka 1, to gdzie, błagam cię, Boże mój, gdzie, Panie, ja, sługa twój, gdzie i kiedy byłem niewinny? Lecz teraz zostawiam już czas ten: a zresztą co mam z nim wspólnego, skoro nawet jego śladu nie pamiętam?
Rozdział I, 8
Caput I, 8
Czy nie stałem się więc z niemowlęcia - chłopcem? Czy też raczej wiek chłopięcy wkroczył we mnie i zastąpił niemowlęctwo? A ono przecież nie zniknęło - bo gdzie by się podziało? Tak czy inaczej, już go nie było. Nie byłem już niemym niemowlęciem, ale chłopcem mówiącym. To już pamiętam. A jak nauczyłem się mówić, dowiedziałem się później. Starsi nie uczyli mnie bowiem wskazując mi słowa w określonym porządku, tak jak niedługo później litery, ale ja sam, umysłem, który dałeś mi, Boże mój, pośród jęków i rozmaitych dźwięków i ruchów ciała, wyrazić chciałem poruszenia serca mojego, aby dostać to, czego chciałem. Nie potrafiłem wyrazić wszystkiego ani porozumieć się ze wszystkimi. Zachowywałem w pamięci, kiedy ktoś nazywał rzecz jakąś i kiedy kierował się za tym dźwiękiem, widziałem i zapamiętywałem, że tak właśnie wskazuje na tę rzecz.
U innych więc ludzi mogłem z ruchów ich ciała poznać ich intencję, jakby ze słów wrodzonych u wszystkich ludów, wskazujących wyrazem twarzy i oczu, gestami ciała i brzmieniem głosu na poruszenia ich duszy, czy to kiedy prosili, posiadali, odrzucali czy unikali czegoś. W ten sposób, układają słowa na ich właściwych miejscach w zdaniach i słysząc je często, po trochu zacząłem rozumieć, jakich rzeczy były znakami, a wtedy podporządkowałem moje chęci tym znakom i zacząłem je sam wypowiadać. Odtąd mogłem porozumiewać się z otoczeniem za pomocą tych znaków i ogłaszać swoje pragnienia. I tak wypłynąłem głębiej na niespokojne wody społecznego życia ludzkiego, poddany autorytetowi rodziców i woli dorosłych.
Rozdział I, 9
Caput I, 9
Boże, Boże mój, iluż to udręk doświadczyłem i wyśmiewania odkąd próbowano mnie, chłopca, wychować i kazano słuchać przełożonych, żebym rozkwitał w tym życiu doczesnym i stał się biegły w sztuce wymowy na chwałę ludzką i tych, co służą fałszywym bogactwom.
Posłano mnie do szkoły, żebym się nauczył pisać i czytać, a ja biedny nie wiedziałem, jaki z tego ma być pożytek, ale kiedy opuszczałem się w nauce, to mnie bili.
Podobało się to dorosłym, a wielu przed nami prowadziło to życie i przygotowali te nieszczęsne szlaki, które musieliśmy przebyć, pomnażając trudy i bóle synów Adama.
Ale znaleźliśmy, Panie, ludzi, którzy modlili się do ciebie i uczyliśmy się od nich, wyczuwając, jak mogliśmy, że jesteś kimś wielkim i że, choć cię nie wyczuwamy zmysłami, to ty możesz wysłuchać nas i przyjść nam z pomocą.
Jeszcze jako chłopiec zacząłem modlić się do ciebie i wzywając ciebie rozwiązałem więzy mojego języka i prosiłem cię, ja, malec, ze wcale nie małym uczuciem, żeby mnie w szkole nie bili. A gdy mnie nie wysłuchiwałeś, co wcale nie było dla mnie głupstwem, dorośli śmieli się z tego bicia, nawet moi rodzice, którzy przecież nie chcieli, żeby mnie coś złego spotkało. A dla mnie była to wielka i ciężka niedola.
Czy w ogóle istnieje dusza tak potężna, tak do ciebie przywiązana (prócz ludzi, których prowadzi do tego głupota), żeby, pobożnie przylgnąwszy do ciebie wielkim swoim uczuciem, mieć za nic koła, haki i inne narzędzia tortur (o uniknięcie których błagają cię ludzie w wielkim strachu po całej ziemi), a kochając tych, którzy się tego strasznie boją - żeby ktoś potrafił śmiać się, jak nasi rodzice śmiali się z tortur, które chłopcy cierpieli od nauczycieli? Bo baliśmy się tego jak tortur i błagaliśmy ciebie o ich oddalenie. A winą naszą było, że mniej pisaliśmy, czytaliśmy i mniej myśleliśmy o nauce niż tego od nas wymagano. Nie brakowało nam, Panie, pamięci ani talentów, którymi zechciałeś dość nas obdarzyć, jak na nasz wiek, ale kochaliśmy się bawić - a karali nas ci, którzy sami też się zabawiali.
Ale rozrywki dorosłych nazywa się interesami, a kiedy chłopcy się nimi zajmują, to dorośli ich karzą - i nikt nie pożałuje ani chłopców, ani dorosłych, ani jednych i drugich. Czy jakiś sprawiedliwy arbiter pochwaliłby bicie mnie, chłopca, który grał w piłki i przez tę zabawę wolniej uczyłem się rzeczy, dzięki którym jako dorosły miałem bawić się znacznie gorzej? A co innego robił ten, który mnie bił? Gdyby w jakiejś błahej dyskusji został pokonany przez swojego adwersarza, bardziej by go żółć zalała i zadrość zżarła niż mnie, kiedy przegrałem z kolegą w piłki.
Rozdział I, 10
Caput I, 10
A jednak grzeszyłem, Panie Boże, Rządco i Stwórco całej natury, a grzechu - jedynie Rządco. Panie, Boże mój, grzeszyłem postępując wbrew rozkazom rodziców i owych nauczycieli. Mogłem przecież później dobrze wykorzystać naukę, którą moi rodzice i nauczyciele chcieli, żebym przyswoił - niezależnie od ich intencji. Przecież nie dla wyższego dobra byłem nieposłuszny, lecz z miłości do zabawy. Kochałem wygrywać w grach i rozgrzewać uszy fałszywymi bajkami, żeby coraz bardziej mnie piekły, z ciekawością błyskającą w moich oczach coraz mocniej i mocniej, kiedy oglądałem spektakle - zabawy dorosłych. Ci, co je wystawiają, otoczeni są taką sławą, że prawie każdy życzy jej swoim dzieciom, które jednak ochoczo pozwala bić, jeśli takie spektakle odciągają je od nauki. Nauki, której pragnie dla swoich dzieci, żeby mogły dorosnąć i organizować takie same spektakle. Spójrz na to Panie, miłosiernie, i wyzwól nas, już teraz wzywających ciebie. Wyzwól także tych, co ciebie jeszcze nie wzywają, żeby cię wzywali i żebyś ich wyzwolił.
Rozdział I, 11
Caput I, 11
Słyszałem już od dziecka o życiu wiecznym obiecanym nam przez pokorę Pana Boga naszego, który zstąpił ku pysze naszej, i już żegnano mnie znakiem jego krzyża, i kosztowałem jego soli odkąd urodziła mnie matka, która wielką miała nadzieję w tobie. Widziałeś, Panie, kiedy jeszcze byłem chłopcem, jak pewnego dnia rozpaliła mnie nagła choroba żołądka i byłem prawie umierający. Widziałeś, Boże mój, bo czuwałeś już wtedy nade mną, z jakim przejęciem i jaką wiarą domagałem się chrztu Chrystusa twojego, Boga i Pana mojego, od pobożnej matki mojej i od Kościoła twojego, matki nas wszystkich. I zmartwiona matka moja, która bardziej cierpiała rodząc mnie do wiecznego zbawienia czystym sercem w wierze twojej, niż rodząc cieleśnie, postarała się natychmiast, żebym mógł zostać wtajemniczony i obmyty zbawiennymi sakramentami, wyznając ciebie, Panie Jezu, na odpuszczenie grzechów - tyle że nagle ozdrowiałem. I tak odwlokło się oczyszczenie moje: zupełnie jakby trzeba było, żebym splamił się bardziej, skoro miałem żyć dalej, bo najwyraźniej po obmyciu wina moja z powodu brudu przestępstw byłaby tym większa i bardziej niebezpieczna. Ale już wierzyłem - i ja, i ona, i cały dom, z wyjątkiem jednego tylko ojca, który jednak nie zniszczył we mnie prawa matczynej pobożności, tak żebym przestał wierzyć w Chrystusa, jak i on jeszcze nie wierzył. Ona zaś starała się, żebyś raczej ty był mi ojcem, Boże mój, niż on, a ty jej w tym pomagałeś, tak że przewyższyła męża, któremu dobrze służyła, bo przez to służyła tobie, a ty tak nakazałeś.
Pytam cię, Boże mój: chciałbym wiedzieć, jeśli ty tego zechcesz, czemu odwlekł się wtedy mój chrzest? Czy dla mojego dobra popuszczono mi jakby cugle grzeszenia? Czy też wcale ich nie popuszczono? Bo przecież i teraz słyszy się od niektórych: "Pozwól mu, niech robi, co chce, przecież nie jest jeszcze ochrzczony"? A jednak jeśli chodzi o zdrowie ciała nie mówią: "Pozwól mu, niech się bardziej porani, przecież nie jest jeszcze uleczony"? O ile lepiej i prędzej zostałbym uzdrowiony, a stałoby się to dzięki mojej i domowych moich pilności. Zdrowie duszy mojej, otrzymane od ciebie, byłoby bezpieczne pod twoją opieką. Naprawdę, lepiej byłoby. Ale moja matka wiedziała, jakie i jak liczne fale pokus będą waliły we mnie kiedy wyjdę z wieku dziecięcego, i wolała naradzić na nie raczej ziemię, z której później ukształtowany być miałem, niż moją gotową postać.
Rozdział I, 12
Caput I, 12
W tym wieku dziecięcym, kiedy mniej się o mnie obawiano niż gdy byłem młodzieńcem, nie kochałem się uczyć i nienawidziłem, że mnie do tego zmuszano, ale jednak zmuszano mnie i na dobre mi to wyszło. Nie postępowałem jednak dobrze (bo nie uczyłbym się, gdyby mnie nie zmuszano, a nikt nie postępuje dobrze pod przymusem, choćby to, co robi, było dobre), ani ten, kto mnie zmuszał nie postępował dobrze, ale dobro płynęło do mnie od ciebie, Boże mój. Ale im nie przyszło do głowy, że mógłbym użyć nauki, do której mnie zmuszali, do czegoś ponad zaspokajanie żądz niezaspokojonych: bogatej nędzy i haniebnej chwały. Ty zaś, który policzyłeś włosy na naszych głowach, wykorzystałeś błąd tych, którzy nalegali, żebym się uczył, dla mojego pożytku, a mój błąd, że się uczyć nie chciałem, wykorzystałeś dla ukarania mnie, bo nie byłem do końca niewinny: choć taki mały chłopiec, to tak wielki grzesznik. Tak to sprawiałeś dobro przez ręce tych, co nie postępowali dobrze, a mnie sprawiedliwie odpłacałeś za moje grzechy. Postanowiłeś bowiem i tak jest, że każdy duch niespokojny sam dla siebie jest karą.
Rozdział I, 13
Caput I, 13
Z jakiej to przyczyny tak nienawidziłem greki, której mnie uczono od małego? Nawet dziś to dla mnie niejasne. Kochałem jednak łacinę, nie jej początki, w klasie u "naszego pana", ale to, czego uczyli "panowie profesorowie". Bo te początki, kiedy uczyłem się czytać, pisać i rachować, były dla mnie równie ciężką karą co cała greka. Z jakiej to przyczyny, jeśli nie przez grzech i marność życia, bo ciałem byłem i wiatrem idącym, a nie wracającym się? A tak naprawdę lepsze, bo pewniejsze, były te początki nauki, dzięki którym nauczyłem się i dziś potrafię czytać, jeśli coś znajdę napisanego, i napisać, co zechcę. Tamte zaś lekcje zmuszały mnie, bym pochylał się nad błądzeniem jakiegoś Eneasza, ślepy na moje błędy, i bym płakał nad śmiercią Dydony, która z miłości się zabiła, a pośród tego wszystkiego patrzyłem suchymi oczyma na siebie samego, nieszczęśnika umierającego z daleka od ciebie, Boże, życie moje.
Kto jest nieszczęśliwszy od nieszczęśnika, co nad własnym nieszczęściem nie płacze, ale nad śmiercią Dydony, która umarła z miłości do Eneasza? A nie płacze nad własną śmiercią, którą umiera nie kochając ciebie, Boże, światło serca mego i chlebie ust duszy mojej, mocy zaślubiająca umysł mój i łono moich myśli! Nie kochałem cię i zdradzałem cię, a zdrajcy wołano zewsząd: "Dalej! Dalej!" Bo miłość świata tego jest zdradą ciebie, a wołają "Dalej! Dalej!", żeby wstydził się ten, kto zdradzać nie chce. Nad tym nie płakałem, ale nad Dydoną, która "dni swoje przecięła żelazem"2, a ja sam odciąłem się od ciebie i szedłem za najniższymi z twoich stworzeń. Ziemią byłem i do ziemi szedłem. A gdyby zabronili mi to czytać, płakałbym, że nie mogę czytać tego, przez co płaczę. Ten obłęd uchodzi za naukę zacniejszą i pełniejszą od nauki czytania i pisania.
A teraz niech w duszy mojej zabrzmi Bóg mój i prawda twoja niechaj powie mi: "to nie tak!" "nie tak!". Lepsza jest ta wcześniejsza nauka. Bo dużo chętniej zapomniałbym o wędrówkach Eneasza i innych takich rzeczach, niż jak pisać i czytać. I choć zasłony wiszą w drzwiach szkół gramatycznych, to nie oznaczają one chronienia dostojnych sekretów, ale ukrywanie błędów. Niech nie krzyczą na mnie, bo już sie ich nie boję, kiedy tobie wyznaję, czego chce dusza moja, Boże mój, i odpoczywam odrzucając moje złe drogi, by pokochać dobre drogi twoje. Niech nie krzyczą na mnie handlarze gramatyki, bo jeśli ich zapytam, czy to prawda, co poeta mówi, że Eneasz przybył do Kartaginy, nieuczeni powiedzą, że nie wiedzą, a wykształceni - że to nieprawda. Ale kiedy zapytam, jak się pisze imię Eneasza, każdy, kto się uczył czytać, odpowie mi zgodnie z prawdą i zgodnie z umową, którą ludzie zawarli ze sobą co do znaczenia liter. A gdybym potem zapytał, co byłoby dla człowieka większym kłopotem - zapomnieć pisania i czytania czy zapomnieć te poetyckie wymysły - kto by nie wiedział, co odpowiedzieć? Chyba ktoś zupełnie nierozgarnięty. Grzeszyłem więc jako chłopiec, gdy kochałem te bajdy więcej od rzeczy pożytecznych - gorzej nawet, bo jedne kochałem, a drugich nienawidziłem. "Jeden plus jeden to dwa, dwa plus dwa to cztery" - ależ ja nienawidziłem tej śpiewki! A jak słodkie było widowisko próżności: koń drewniany pełen zbrojnych rycerzy, i łuna Troi, i cień nieszczęsnej Kreuzy3.
Rozdział I, 14
Caput I, 14
Dlaczego więc nienawidziłem greckiej gramatyki, która to samo śpiewa? Bo i Homer jest mistrzem w snuciu takich bajeczek, i także jest słodko próżny. A jednak był mi w dzieciństwie gorzki. Myślę, że dla greckich dzieci tak samo gorzki jest Wergiliusz, jeśli go wkuwać muszą tak jak ja, to jest z trudnością. Sama trudność przedzierania się przez obcy język zakrapiała żółcią wszelką słodycz cudownych greckich opowieści. Bo nie znałem tych słów, a zmuszano mnie do ich poznawania groźbami i karami. Co prawda, kiedy byłem mały, to i łacińskich nie znałem, ale nauczyłem się ich po prostu, bez żadnego strachu ani męki, pośród pieszczot opiekunek, żartów, śmiechów i wesołych zabaw. Nauczyłem się ich bez kar i przymusu, bo moje serce przymuszało mnie, bym rodził jego pojęcia. A to było możliwe, bo uczyłem się słów nie od nauczycieli, ale od ludzi mówiących, w których uszach rodziły się pojęcia tego, co ja czułem. Jasno z tego widać, że wolna ciekawość większą ma moc nauczania niż groźna konieczność. Ale strumień tej ciekawości powstrzymują prawa twoje, Boże. Prawa twoje, od rózgi nauczycieli po ataki na męczenników, dodają nam zbawiennej goryczy, odciągając nas od zgubnych rozrywek, przez które odeszliśmy od ciebie.
Rozdział I, 15
Caput I, 15
Wysłuchaj, Panie, mojego błagania, niech nie ustanie dusza moja w wychowaniu twoim, niech nie ustanę w zawierzaniu miłosierdziu twemu, którym wybawiłeś mnie od wszystkich moich wad najgorszych. Bądź mi słodszy nad wszystkie pokusy, za którymi szedłem, obym cię kochał najgoręcej, i obym rękę twoją przytulił do piersi mojej, i ratuj mnie od wszelkich ataków aż do końca.
Bo ty właśnie, Panie, królem i Bogiem moim jesteś. Niech tobie służy wszystko pożyteczne, czego się nauczyłem w dzieciństwie, niech tobie służy co mówię, co piszę, co czytam i co rachuję, bo kiedy uczyłem się tego na bzdurnych przykładach, ty sam mnie wychowywałeś, i odpuściłeś mi, że uwielbiałem te bzdury. Nauczyłem się też wielu słów pożytecznych, ale można by ich nauczać na czymś nie tak marnym, i oby taką bezpieczną drogą prowadzano dzieci.
Rozdział I, 16
Caput I, 16
Lecz biada tobie, rzeko ludzkiego zwyczaju, kto się tobie oprze? Kiedy wreszcie wyschniesz? Jak długo nieść będziesz synów Ewy ku morzu wielkiemu i straszliwemu, które ledwie przepływają nawet ci, co się drzewa Krzyża uchwycą? Czy to nie w tobie, rzeko, nauczyłem się o Jowiszu, co gromy ciskał i kobiety uwodził? A przecież nie mógł robić obu tych rzeczy, ale tak to przedstawiono, by grom fałszywy dodał szacowności tym, co chcą naśladować prawdziwe łajdaczenie się. Jak to jest, że jeden człowiek w szatach nauczyciela może spokojnie słuchać jak drugi z tej samej gliny ulepiony woła: "Zmyślił to Homer i ludzkie cechy na bogów przeniósł - szkoda, że nie na odwrót"? Trzeba by powiedzieć, że Homer faktycznie zmyślał takie rzeczy: przypisywał ludzkie występki bogom, żeby łajdactw nie uważano za łajdactwa, a ci, którzy je popełniają, żeby uważani byli za naśladowców bogów niebieskich, a nie ludzi przeklętych. Do ciebie, rzeko piekielna, rzucają ludzie swoich synów wraz z pieniędzmi, żeby się tego uczyli, i wielka jest sprawa, kiedy temat ten porusza się publicznie, w obliczu praw, które przyznają nauczycielom pensje poza czesnym od uczniów. Wtedy ty, rzeko, walisz o swoje skały i huczysz: "tu się naucza słowa, tu się nabywa elokwencji, sztuki perswazji i wyjaśniania stanowisk, rzeczy najniezbędniejszych". Faktycznie, bez tego nie znalibyśmy słów takich jak "złoty deszcz", "łono", "uwiedzenie" i "progi niebios", które tam zapisano, gdyby Terencjusz nie wprowadził tego młodego łobuza, który chciał brać sobie Jowisza za przykład gwałtu, widząc na ścianie malowidło: "obraz przedstawiał Jowisza zraszającego złotym deszczem łono Danae".4 I proszę, jak w sobie wzbudza pożądanie niebiańskim przykładem: "I to jaki bóg! Ten, co grzmotem wstrząsa najwyższe świątynie nieba! Więc co: ja - marny człowieczek nie zrobiłbym tego? Otóż nie! Zrobiłem - i to z przyjemnością!"5 Nieprawda, że dzięki tej ohydzie łatwiej można nauczyć się wspomnianych słów, za to dzięki tym słowom pewniej popełnia się takie ohydne czyny. Nie oskarżam słów, tych naczyń wybranych i kosztownych, ale wino błądzenia, które nam w nich podawali pijani nauczyciele. A kiedy nie chcieliśmy pić, to nas bili i nie wolno nam było odwołać się do jakiegoś trzeźwego sędziego. Ale ja, Boże mój, pod którego wzrokiem bezpieczne są moje wspomnienia, chętnie się tego, biedny, uczyłem, i kochałem to, więc nazywali mnie dobrze zapowiadającym się dzieckiem.
Rozdział I, 17
Caput I, 17
Pozwól mi, Boże mój, powiedzieć coś i o moich zdolnościach, darach twoich: na jakie głupstwa je marnowałem. Dali mi zadanie, które wprawiło mnie w niemały niepokój, bo w grę wchodziła chwała nagrody, albo porażka i lanie, więc się bałem. Miałem ułożyć słowa Junony zagniewanej i bolejącej, bo nie mogła od Italii odegnać wodza Trojan. Oczywiście nigdy nie słyszałem Junony mówiącej te słowa, ale kazali mi błąkać się po szlakach poetyckich wymysłów i prozą wyrazić to, co poeta powiedział wierszem. A na większą pochwałę miał zasłużyć ten z nas, kto, zgodnie z godnością osoby przedstawianej, lepiej wyrazi gniew i żal, ubierając treść w odpowiednie słowa.
I co mi z tego, o życie prawdziwe, Boże mój, że moją recytację pochwaliło wielu rówieśników i kolegów? Czy to nie wszystko dym i wiatr? Czy nie mogłem gdzie indziej ćwiczyć swoich zdolności i języka? Chwalenie ciebie, Panie, ciebie chwalenie przez Pisma twe Święte - to wsparłoby pnącza serca mojego, nie porwałyby go pustki bełkotu wstrętnych powietrznych drapieżców" (I, 17) Bo rozmaicie składa się ofiary upadłym aniołom.
Rozdział I, 18
Caput I, 18
Nic dziwnego, że zajęty tymi bzdurami odchodziłem od ciebie, Boże mój, skoro za wzór stawiali mi ludzi, którzy wstydzili się, kiedy mówiąc o swoich przyzwoitych czynach popełnili błąd językowy albo użyli barbaryzmu, a pławili się w chwale, gdy swoje żądze opisywali pięknym językiem, elokwentnie i obficie. Widzisz to, Panie, i milczysz; cierpliwy, pełen miłosierdzia i prawy. Czy zawsze milczeć będziesz? Nawet teraz wyrywasz z tej otchłani głębokiej duszę szukającą ciebie i pragnącą twoich rozkoszy, której serce mówi ci: "Szukam, o Panie, twojego oblicza". Oblicza twego, Panie, żądam: bo daleko do oblicza twego w mrocznym poruszeniu serca.
A nie pieszo ani w rozległych przestrzeniach odchodzimy od ciebie i do ciebie wracamy. Bo czy ten syn twój młodszy potrzebował koni, wozu albo okrętu? Albo czy odleciał na widzialnych skrzydłach? Albo czy odszedł piechotą, żeby, żyjąc w dalekim kraju, roztrwonić majątek, który mu dałeś, gdy odchodził? Ojcze słodki, bo go obdarowałeś, a słodszy dla wracającego biedaka: w pożądliwym poruszeniu serca, w tej ciemności - jak daleko do oblicza twego!
Spójrz, Panie mój, cierpliwie, jak to ty patrzysz, spójrz jak to ludzie pilnie przestrzegają paktów o literach i sylabach, które przejęli od przodków, a lekceważą wieczne pakta zdrowia nieustannego, które przejęli od ciebie. Jeśli ktoś, kto tych dawnych zwyczajów o dźwiękach przestrzega albo naucza, powie słowo "człowiek" ("homo") bez przydechu na pierwszej sylabie, bardziej się na niego ludzie oburzą, niż kiedy, wbrew twoim przykazaniom, nienawidził będzie człowieka, a sam jest człowiekiem. Bo żaden wróg nie jest tak groźny jak sama nienawiść, którą on pała przeciw wrogowi. I nikt nie może zniszczyć drugiego prześladowaniem tak bardzo, jak sama nienawiść niszczy serce prześladowcy. Nie jest więc nauka języka głębsza od nauki sumienia, co mówi: nie rób drugiemu, co tobie niemiło. Bo ty jesteś ukryty, w ciszy, na wysokościach mieszkasz, Boże wielki, jedyny, i prawem niezniszczalnym zsyłasz na złe żądze karzącą ślepotę. Gdy człowiek szukający sławy mówcy staje przed sędzią i tłumem ludzi, żeby prześladować nieprzyjaciela ze wściekłą nienawiścią, to wystrzega się pilnie, żeby się nie przejęzyczyć i nie powiedzieć "między ludziami" - ale tego, żeby przez swoją furię człowieka spomiędzy ludzi nie wygnać - tego się nie wystrzega.
Rozdział I, 19
Caput I, 19
Na progu takich to obyczajów stanąłem, biedne dziecko, i w takie to szranki wszedłem, gdzie bardziej lękałem się, żeby nie mówić jak prostak niż żeby nie zazdrościć tym, którzy tak nie mówili. Mówię to i wyznaję tobie, Boże mój, za co zbierałem pochwały od ludzi, których zadowolenie świadczyło mi o tym, że żyję porządnie. Nie widziałem bowiem otchłani ohydy, w którą rzucono mnie, z dala od oczu twoich. A dla twoich oczu - cóż wstrętniejszego ode mnie? Skoro takim jak ja też się nie podobałem, bo ciągle kłamałem wychowawcom, nauczycielom i rodzicom, kochałem się bawić, z zapałem oglądałem głupie przedstawienia i niespokojnie naśladowałem głupoty? Kradłem też ze spiżarni rodziców i ze stołu; albo z łakomstwa, albo żeby dać coś chłopcom, którzy tak samo jak i ja cieszyli się wspólną zabawą, ale trzeba się było wkupić. Zwyciężony próżną chęcią zwycięstwa, często wymuszałem zwycięstwo w grach oszustwem - ale kiedy ktoś drugi oszukiwał - mało to się wykłócałem z oszustem, że zrobił mi to samo, co i ja innym robiłem? A kiedy to mnie przyłapali i wymyślali mi, raczej się awanturowałem niż ustępowałem. To ma być dziecięca niewinność? O nie, Panie, wcale nie. Wysłuchaj, Boże mój: bo tak oto od wychowawców i nauczycieli, od orzechów, piłek i wróbli, do prefektów i królów, do złota, do majątków i niewolników - wszystko przechodzi dalej wraz z poważniejszym wiekiem, podobnie jak kary poważniejsze zastępują rózgi. Wiek zaś dziecięcy jest znakiem pokory, bo tak, królu nasz, postanowiłeś, gdy rzekłeś: "do takich należy królestwo niebieskie".
Rozdział I, 20
Caput I, 20
Dlatego, Panie, tobie, o Najwyższy i najlepszy stwórco i władco świata, Panu naszemu dzięki, nawet gdybyś zechciał, abym był tylko dzieckiem. Byłem już przecież wtedy, żyłem i czułem i miałem pieczę nad moją niepodzielnością, znakiem najtajniejszym jedności, z której pochodziłem. Strzegłem zmysłem wewnętrznym spójności zmysłów moich i nawet myśląc o najdrobniejszych sprawach kochałem prawdę, nienawidziłem kłamstwa, pamięć miałem świetną, wymowy się uczyłem, przyjaźnią cieszyłem, unikałem bólu, odrzucenia, ignorancji. Czy nie cudowne i zadziwiające jest takie stworzonko? A to wszystko są dary Boga mojego. Nie sam je sobie podarowałem, a są dobre, i wszystko to ja. Dobry jest więc ten, który mnie stworzył i on sam jest moim dobrem, i jego wysławiam za wszystkie dobra, które mi dał, gdy byłem jeszcze dzieckiem. A grzeszyłem tym, że nie w nim samym lecz w stworzeniach jego szukałem samego siebie i jakiś przyjemności, wznosłości i prawd - a przez to wpadłem w bóle, pomieszania i błądzenie. Dzięki niech będą tobie, słodyczy moja i godności moja i zawierzenie moje, Boże mój, dzięki ci za dary twoje, a ty mi je zachowaj. Mnie też zachowaj, a wzrośnie i udoskonali się to, co mi dałeś, a ja niech będę z tobą, bo to, że ja jestem, ty mi darowałeś.
Księga II
Liber II
Rozdział II, 1
Chcę wspominać moje przeszłe obrzydliwości i cielesne zepsucie duszy mojej nie dlatego, że je kocham, ale po to, by kochać ciebie, Boże mój. Z miłości do miłości twojej to robię, przywołując w gorzkich swoich wspomnieniach niegodziwe drogi moje, abyś ty mi je osłodził, słodyczy moja, nie kłamco, słodyczy szczęśliwa i pewna, i żebyś pozbierał mnie z rozproszenia, w które na próżno popadłem, gdy od ciebie jednego odwróciłem się i zanikłem w wielości. Zapaliłem się w młodości do rzeczy niskich i dziczałem próbując rozmaitych ciemnych miłostek, i zapadał się kształt mój, i gniłem w oczach twoich podobając się sobie i podobać się pragnąc oczom ludzi.
Rozdział II, 2
Caput II, II
A co wtedy kochałem, jeśli nie kochać i być kochanym? Ale nie było w tym miary wyznaczanej miłości jednej duszy do drugiej przez jasny krąg przyjaźni, ale unosił się smród z błotnistej pożądliwości ciała i buzującego dojrzewania, i zachmurzał i zaciemniał serce moje, tak że nie rozróżniało jasnej miłości od mrocznego pożądania. I miłość i pożądanie płonęły we mnie i w pomieszaniu gnały niedołężny wiek mój przez urwiska pożądań i zanurzały mnie w kipielach wstydliwych wybryków. I wzmógł się gniew twój nade mną, a ja nie wiedziałem, ogłuszony brzękiem kajdanów śmiertelności mojej, karą za pychę duszy mojej, i szedłem coraz dalej od ciebie, a ty pozwalałeś. I rzucała mną, i wylewała się i rozlewała się i wrzała moja rozpusta, a milczałeś. O późna radości moja! Milczałeś wtedy, a ja szedłem dalej i dalej od ciebie, szedłem w coraz to więcej i więcej niepłodnych ziaren bólu, w zarozumiałe odrzucenie i niespokojne znużenie.
Gdyby tylko ktoś ulżył moim strapieniom i na użytek mój obrócił ulotne piękno rzeczy tych nowych i miarę wyznaczył ich słodyczy, żeby fale wieku mojego przygnały mnie do brzegu małżeństwa. Jeśli nie mogłem znaleźć spokoju z tą sprawą, mogła przecież posłużyć poczynaniu dzieci (jak nakazuje prawo twoje, Panie, który kształtujesz nawet potomstwo śmierci naszej, bo możesz położyć dłoń łagodną i stępić ciernie wygnane z raju twojego; bo niedaleko nas jest wszechmoc twoja, nawet gdy my daleko od ciebie jesteśmy). Gdybym czujniejszy był na głos z twoich obłoków: "Tacy jednak cierpieć będą udręki w ciele, a ja chciałbym ich wam oszczędzić"6 i "dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą"7 i "Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie."8 Gdybym czujniej słuchał tych głosów i odciął się ze względu na królestwo niebieskie, szczęśliwiej oczekiwałbym objęć twoich.
Ale we mnie biednym kipiało. Niesiony siłą mojego prądu porzuciłem cię i porzuciłem wszystkie twoje przykazania, więc nie uniknąłem twojej chłosty. Kto ze śmiertelnych jej uniknie? Bo ty zawsze byłeś przy mnie i miłosiernie się gniewałeś, i gorzkim obrzydzeniem skrapiałeś moje złe zabawy, żebym starał się bawić bez obrzydzenia - a nie znalazłem gdzie mógłbym to robić poza tobą, Panie, poza tobą, który z bólu czynisz naukę, bijesz, żeby uzdrowić i zabijasz nas, żebyśmy bez ciebie nie umarli. Gdzie to ja byłem? I jak daleko wygnałem się od rozkoszy domu twego w tym roku szesnastym życia, kiedy berło i całą władzę oddałem szaleństwu pożądania, według ludzi żałosnych - normalnemu, a według prawa twego - zakazanemu? Moi rodzice nie dbali o to, by mnie od ruiny ratować małżeństwem, ale tylko o to, żebym uczył się przemawiać i perswadować jak najlepiej.
Rozdział II, 3
Tamtego roku przerwałem studia i wróciłem z Madury, pobliskiego miasta, gdzie zacząłem już się uczyć literatury i retoryki, bo ojciec zbierał środki na dalszą moją podróż, do Kartaginy. Ojciec, bardzo niezamożny mieszczanin z Tagasty, miał więcej zapału niż pieniędzy. Ale komu ja to opowiadam? Przecież nie tobie, Boże mój, ale przez ciebie opowiadam to rodzajowi mojemu, rodzajowi ludzkiemu, każdemu z tej maleńkiej jego cząstki, kto natrafi na tę moją książkę. A po co? Po to mianowicie, żebym i ja i każdy, kto będzie to czytał, żebyśmy pomyśleli z jak głębokiej otchłani trzeba wołać do ciebie. A co jest bliżej uszu twoich niż serce wyznające i niż życie z wiary?
Nikt nie szczędził pochwał mojemu ojcu, człowiekowi, który ponad środki swojej rodziny łożył na wszystko, co było potrzebne synowi do studiów i to tak daleko od domu. Wielu obywateli o wiele bogatszych nie troszczyło się tak o swoje dzieci. Ale przy tym ojciec nie dbał wcale o to, co ze mnie wyrośnie i czy żyję w czystości, pod warunkiem, że byłem uczony. A ja byłem raczej wyrzucony z uprawy twojej, Boże, jedyny prawdziwy i dobry Panie tego pola twojego, serca mego.
Kiedy więc miałem szesnaście lat zostałem zwolniony z wszelkich szkolnych obowiązków przez trudności materialne w domu i zacząłem mieszkać w rodzicami w przymusowej bezczynności. W mojej głowie rozpleniły się krzaki pożądań, a nie było komu ich wypielić. Pewnego razu w łaźni ojciec zauważył, że już dojrzewam, a młodość wprawia mnie w podniecenie i ucieszył się, jakby już spodziewał się wnuków. Z radością opowiedział o tym matce, ciesząc się pijaństwem przez które świat zapomina o tobie, Stwórcy swoim i zamiast ciebie kocha stworzenia. Upiwszy się winem niewidzialnym chwieją się i zataczają w głębi swojej woli. Ale w sercu matki ty już zacząłeś budować świątynię swoją i nawinąłeś osnowę pod święte mieszkanie twoje, podczas gdy ojciec był dopiero katechumenem, a i to od niedawna. Ucieszyła się i ona, ale też drżała z pobożnego lęku i niepokoju, bo nie byłem jeszcze ochrzczony. Bała się więc dróg tych krzywych, po których chodzą ci, co odwracają się do ciebie plecami, a nie twarzą.
O, ja głupi! Ja ośmielam się mówić, żeś ty milczał, Boże mój, gdy coraz dalej od ciebie odchodziłem? Naprawdę nic nie mówiłeś? A czyje to były słowa, które śpiewałeś do uszu moich przez tę matkę moją, wierną tobie? Ale żadne nie zapadło mi w serce, żebym robił to, co czego wzywałeś. Matka chciała, pamiętam jak w sekrecie napominała mnie niespokojnie, żebym nie romansował, a zwłaszcza, żebym nie uwiódł niczyjej żony. Mnie się to wydawało babskimi upomnieniami, których wstydziłbym się posłuchać. A to były słowa twoje, tyle że ja nie wiedziałem i sądziłem, że milczysz, a tylko ona mówi do mnie. Tymczasem ty nie milczałeś, a ja przez nią tobą pogardzałem, ja, syn jej, syn służebnicy twojej, sługa twój. Ale ja nie wiedziałem i zupełnie oślepłem, tak, że wstydziłem się między rówieśnikami, kiedy byłem mniej od nich obrzydliwy, bo oni przechwalali się swoimi wybrykami tym bardziej, im bardziej były wstrętne. Chciałem to robić nie tylko z pożądania, ale też dla pochwały. Co bardziej zganić należy niż te winy? A jednak chciałem być bardziej winny, żeby mnie nie zganili, a żeby nie uznali mnie za beznadziejny przypadek, udawałem, że zrobiłem to, czego naprawdę nie zrobiłem, żebym nie wydawał się im żałosny, bo byłem niewinny, i żeby nie uważali mnie za marnego, bo byłem bardziej czysty.
Z takimi to druhami chodziłem po ulicach Babilonu i tarzałem się w jego łajnie, jakby to był cynamon i drogie pachnidła. A w samym sercu Babilonu niewidzialny nieprzyjaciel deptał mnie jeszcze, żebym mocniej tam przywarł, i uwodził mnie, a ja chciałem być uwodzony. I nawet matka moja cielesna, która już ze środka Babilonu uciekła, ale wciąż marudziła na jego przedmieściach, choć napominała mnie, żebym żył przyzwoicie i choć przejęła się tym, co o mnie od męża usłyszała, choć uważała moje prowadzenie się za szkodliwe i niebezpieczne dla mojej przyszłości, nawet ona nie pomyślała, żeby położyć tamę moim afektom przez małżeństwo, skoro nie dało się ich inaczej powstrzymać. Nie dbała o to, bo bała się, że żona przeszkodziłaby w spełnieniu nadziei, które ze mną wiązali - ale nie chodziło o nadzieję przyszłego wieku, która w tobie miała matka, ale o nadzieję związaną ze studiami, którą za bardzo przejmowali się oboje rodzice. Ojciec, bo o tobie prawie wcale nie myślał, a o mnie głupio, matka, bo nie tylko nie widziała w tych popularnych studiach zagrożenia, ale widziała jakiś pożytek prowadzący do ciebie. Tak wnioskuję z moich wspomnień o osobowościach rodziców. Popuścili mi cugli, poza rygory surowości, w rozrywkach i w zaspokajaniu rozmaitych zachcianek, a we wszystkim była ciemność. Odcinała mi, Boże mój, światłość prawdy twojej, i dymiła jak z tłuszczu nieprawość moja.
Rozdział II, 4
Caput II, 4
Prawo twoje karze za kradzież, Panie, i tak samo prawo zapisane w sercach ludzkich, którego sama nieprawość wyrugować nie zdoła. Bo czy nawet złodziej zniesie spokojnie, że ktoś go okrada? Nawet jeśli sam jest bogaty, a tamten - przymuszony nędzą. A mnie zachciało się kraść i ukradłem nie przymuszony żadną biedą, poza niedostatkiem sprawiedliwości i pogardą dla niej, łakomy na nieprawość. Bo ukradłem to, czego mi nie brakowało i co miałem o wiele lepsze, i nie chciałem cieszyć się tym, co ukradłem, ale pragnąłem samej kradzieży i grzechu. Niedaleko naszej winnicy rosła grusza obciążona gruszkami, ale wcale nie zachwycająca ani ich kształtem ani smakiem. Żeby je otrząsnąć i zabrać poszliśmy, nic nie warci młodziankowie, w środku nocy (bo zawsze do późna bawiliśmy się paskudnie na polach) i wynieśliśmy masę gruszek, nie żeby na nich ucztować, tylko żeby rzucić je świniom, choć trochę ich jednak zjedliśmy, ale dla nas najlepsze było to, że zrobiliśmy coś zakazanego. To serce moje, Boże, oto serce moje, nad którym się zmiłowałeś w głębinie otchłani. Mówię ci teraz: oto serce moje. Czego ja tam szukałem? Tylko złości samej i przyczyną złości mojej była złość sama. Wstętna była, a ja ją kochałem. Kochałem ginąć, kochałem moje skrzywienie, nie to, dla czego się skrzywiłem, ale samo skrzywienie kochałem. Moja szpetna dusza wyfrunęła spod twojego firmamentu na krańce świata, pragnąc nie tyle czegoś hańbiącego, ale hańby samej.
Rozdział II, 5
Caput II, 5
Złoto, srebro i wszystko inne ma przecież piękny kształt, w dotyku harmonia ma wielkie znaczenie, a i inne zmysły czerpią wrażenia z form przedmiotów. Ma swój urok także sława doczesna i władza rozkazywania i rządzenia, przez co można też zrozumieć pragnienie zemsty, ale przez takie dążenia nie należy odchodzić od ciebie, Panie, ani łamać Prawa twojego. Ale życie, które tu prowadzimy, ma swój urok dzięki swojemu pięknu i zgodności między wszystkimi jego pięknymi drobiazgami. Przyjaźń między ludźmi także jest słodkim węzłem, bo jednoczy dusz wiele. Ale wszystkie te i podobne rzeczy mogą stać się okazją do grzechu, kiedy ktoś ma do nich skłonność nieopanowaną, a najwyższe dobro porzuca, to jest ciebie, Panie Boże nasz, i prawdę twoją i Prawo twoje. Jest jednak i w tych rzeczach najniższych przyjemność, ale nie taka jak w Bogu moim, który wszystko stworzył, w którym rozkoszuje się sprawiedliwy, a on jest delicją ludzi prawego serca.
Kiedy więc pyta się o motywy popełnienia zbrodni, nikt raczej nie uwierzy, że do niej doszło, zanim nie wykaże się u podejrzanego pragnienia osiągnięcia któregoś z tych dóbr, które nazwaliśmy drobiazgami, albo lęku przed ich utratą. Piękne są bowiem i urocze, jednak w porównaniu z dobrami najwyższymi i błogosławionymi - marne i zbyteczne.
Popełnił morderstwo. Dlaczego? Pokochał czyjąś żonę albo posiadłość, albo chciał zrabować środki do życia, albo bał się utracić którąś z tych rzeczy, albo zapalił się żądzą zemsty za obrazę. Bo czy ktoś morduje bez powodu, dla samej przyjemności mordowania? Kto by w to uwierzył? Bo nawet człowiek, o którym mówią, że był szalony i nazbyt okrutny, miał swoje powody: "robił to oczywiście w tym celu, aby w bezczynności nie rozleniwiły się im ręce albo duch"9 Więc kiedy spytamy: po co? odpowiedź będzie: po to, by przez dokonywanie zbrodni zdobyć miasto, sławę, władzę, bogactwa, i żeby uciec lękowi przed prawem i trudnościom z powodu "niedostatku materialnego i świadomości popełnionych zbrodni"10 Ale nawet i Katylina nie kochał samych swoich czynów, ale to, dla czego je popełniał.
Rozdział II, 6
Caput II, 6
Co ja biedak w tobie kochałem, o kradzieży moja, o czynie mój nocny, w szesnastym roku życia popełniony? Nie byłaś przecież piękna, bo byłaś kradzieżą. Czy w ogóle czymś jesteś, żebym mówił do ciebie? Piękne były te gruszki, któreśmy ukradli, bo stworzeniem twoim były, o najpiękniejszy, Stwórco wszystkiego, Boże dobry, Boże dobra najwyższego i prawdziwe dobro moje. Piękne były te gruszki, ale nie dlatego pragnęła ich moja dusza mizerna. Miałem przecież mnóstwo lepszych, tamte zaś zrabowałem tylko po to, żeby kraść. Ukradłem je i wyrzuciłem, najadłem się samą przyjemnością z popełnienia występku. Jeśli nawet którąś wziąłem do ust, to przyprawą w niej było przestępstwo. A teraz, Panie, Boże mój, pytam co mi się tak podobało w kradzieży, bo nie ma się co w niej podobać: nie ma w niej piękna takiego jak w równości albo skromności, ani takiego jak w umyśle ludzkim i w pamięci i w zmysłach i w życiu natury, ani nie była tak piękna jak gwiazdy, ozdoby miejsc swoich, i ziemia, i morze pełne jego dzieci, które następują po sobie w życiu i umieraniu. Nie było w niej nawet tego piękna ułomnego jak w ciemnych, zwodniczych przestępstwach.
Pycha naśladuje wzniosłość, a to ty, jedyny Boże, jesteś wyniesiony ponad wszystko. Ambicja szuka sławy i chwały, a to ty jesteś jedyny sławny i chwalebny na wieki. Okrucieństwo chciałoby, żebyśmy bali się władzy: a kogo mamy się bać jeśli nie Boga jedynego? Co może się wyślizgnąć czy umknąć spod jego władzy? Kiedy, gdzie, dokąd albo przez kogo miałoby się to stać? Kochankowie pragną pieszczotek: ale nic nie jest czulszą pieszczotą niż miłość twoja, nic nie uzdrawia lepiej nic kochać nie trzeba mocniej niż tę przepiękną i świetlistą prawdę twoją. Ciekawość zdaje się wpływać na przyswajanie wiedzy, podczas gdy ty wiesz wszystko w najwyższym stopniu. A ignorancja, czy nawet sama głupota, przybierają imię niewinności, podczas gdy nic prostszego od ciebie nie da się znaleźć. I któż bardziej niewinny od ciebie, którego dzieła są wrogami zła? A lenistwo szuka spoczynku - ale czy jest spoczynek pewniejszy niż w Panu? Przepych chce się nazywać sytością i dostatkiem: ale to ty jesteś pełnią i niezniszczalną obfitością niezniczalnej słodyczy. Wylew warcholstwa rzuca swój cień: ale to ty jesteś najhojnieszym dawcą wszelkich dóbr. Chciwość chce posiadać wiele, a ty posiadasz wszystko. Zadrość stara się o wspaniałość - a któż wspanialszy od ciebie? Gniew chce się mścić - a kto sprawiedliwszym do ciebie mścicielem? Lęk boi się niezwykłych i nagłych zdarzeń, które mogą ukochanemu zagrozić, troszczy się o bezpieczeństwo: ale co dla ciebie niezwykłe? Co nagłe? Albo kto cię oddzieli od tego, co kochasz? I gdzie, jak nie u ciebie, pewne bezpieczeństwo? Smutek opłakuje, co utracił, a czym pożądliwość się cieszyła - chciałby wszystko mieć na zawsze, tak jak ty, któremu nic odebrać się nie da.
Łajdaczy się dusza, kiedy od ciebie się odwraca i szuka poza toba tego co czyste i jasne, ale nie znajduje, jeśli nie wróci do ciebie. Przewrotnie cię naśladują wszyscy, co daleko od ciebie stawają i starają się być twoimi wrogami. Ale nawet tak ciebie naśladując ogłaszają cię stwórcą całej przyrody, i dlatego nie może nic istnieć, co się od ciebie całkiem oderwie. Co więc w tej kradzieży ukochałem i w jaki to złośliwy i przewrotny sposób naśladowałem Pana mego? Czy przyjemność sprawiało mi łamanie prawa, przynajmniej podstępem, bo nie miałem władzy złamać je siłą? Jakby jeniec, unikając kary za przewinienie, czy naśladowałem w ciemnościach wszechmoc?
Oto i ten służący, co uciekł od Pana swego i pobiegł w ciemności. O zgnilizno, o potworna głębio życia i śmierci! Czy więc ja chciałem robić, co zakazane, tylko dlatego, że to zakazane?
Rozdział II, 7
Caput II, 7
Jak odpłacę Panu, że przywołuję te moje wspomnienia, a dusza moja nie lęka się we mnie? Będę cię kochał, Panie, i tobie dziękował i zawierzał imieniu twemu, bo całkiem odpuściłeś mi zło i zbrodnie czynów moich. Łasce twojej przypisuję i miłosierdziu twemu, że grzechy moje jak lód rozpuściłeś. Łasce też twojej przypiszę te wszystkie przypadki, gdy zła nie uczyniłem. Czego bowiem nie potrafiłbym zrobić, skoro ukochałem zbrodnię dla niej samej? A ty wszystko mi odpuściłeś, i to, co sam uczyniłem i to, czego, przez ciebie prowadzony, nie uczyniłem.
Kto z ludzi, zastanawiając się nad własną słabością, przypisze swoim siłom swoją czystość i niewinność i mniej może ciebie kochać, jakby dla niego mniej było niezbędne miłosierdzie twoje, którym darowujesz grzechy wracającym do ciebie? Bo on, powołany przez ciebie, poszedł za tobą i uniknął tego, co czyta o mnie, jak o sobie wspominam i przyznaję. Niech mnie nie wyśmiewa, bo uzdrowił mnie ten sam lekarz chorych, dzięki któremu on sam nie chorował, czy raczej lżej chorował. I dlatego niech kocha cię tak samo, albo nawet mocniej, bo dzięki temu, który wyzwolił mnie z tak wielu chorób grzechów, on sam na te choroby nie cierpi.
Rozdział II, 8
Caput II, 8
Jaki pożytek przyniosła ta kradzież moja, którą teraz wspominam ze wstydem, a w której samo złodziejstwo kochałem? Sama kradzież była niczym i tym bardziej jestem przez to żałosny. Ale sam bym tego nie zrobił (tak wspominam mój ówczesny nastrój). Sam bym tego wcale nie zrobił. A zatem kochałem także towarzystwo tych, z którymi to zrobiłem. A więc nie kochałem tylko samego złodziejstwa? A może jednak nic poza nim, bo przecież i to jest niczym. Jak to jest naprawdę? (kto mnie pouczy, jeśli ty nie oświecisz serca mego i nie rozproszysz ciemności moich?) Jak to jest? Co mi przychodzi do głowy, kiedy tego dochodzę, dyskutuję i rozważam: gdybym kochał te gruszki, które ukradłem i chciałbym się nimi cieszyć, to poszedłbym nawet sam. Wtedy wystarczyłoby po prostu zrobić to i mieć z tego przyjemność, a nie podsycać swoje swędzące pożądanie drapaniem wspólnym z duszami wspólników? Ale moja przyjemność nie tkwiła w tych owocach, tylko w samym przestępstwie, które szajka grzeszników wspólnie popełniła.
Rozdział II, 9
Caput II, 9
Co ja wtedy myślałem? Na pewno coś paskudnego i biada mi, że tak myślałem. Ale co to było? Występki kto zrozumie? Śmiech nam łaskotał serce, bo oszukaliśmy tych, których okradliśmy, bo oni nas nie podejrzewali, chociaż byli wściekli. Dlaczego tak mnie cieszyło to, czego sam bym nie zrobił? Czy to dlatego, że nikt się raczej nie śmieje w samotności? Raczej nie, ale czasem ktoś zupełnie sam, bez niczyjego towarzystwa, wybucha śmiechem, bo coś śmiesznego albo w zmysłach mu się pojawi albo w duszy. I ja sam bym tego nie zrobił. Na pewno sam bym nie zrobił. Oto przed tobą, Boże mój, żywe wspomnienie duszy mojej. Sam nie popełniłbym tej kradzieży, w której nie cieszyło mnie to, co ukradłem, ale sama kradzież. Samemu to by nie było zabawne i na pewno bym tego nie zrobił. O nieprzyjazna przyjaźni, niewytłumaczalne uwiedzenie umysłu, o pragnienie szkodzenia dla zabawy i chęci szkodzenia drugiemu bez żadnego dla mnie zysku, bez żadnej żądzy zemsty! Mówi się "Chodźmy, zróbmy to!" i wstyd nie być bezwstydnym.
Rozdział II, 10
Caput II, 10
Kto rozplącze ten poskręcany i zawikłany węzeł? Jest wstrętny i nie chcę się nim zajmować, nie chcę na niego patrzeć. Ciebie chcę, o sprawiedliwości i niewinności piękna i wdzięczna, o sytości nienasycona i światła szczere. Wielki jest spokój w tobie i życie niezaburzone. Kto wchodzi do ciebie, do radości Pana swego wchodzi i bać się nie będzie i dobrze mu będzie w dobrym. Zdryfowałem daleko od ciebie i błąkałem się, Boże mój. W młodości wykrzywiłem się z dala od stałości twojej. I stałem się sobie krainą nędzy.
Księga III
Rozdział III, 1
Caput III, 1
Przyjechałem do Kartaginy i zanurzyłem się cały w kotle wstydliwych miłości. Jeszcze nie kochałem, a już kochanie kochałem, i w sekrecie żarliwie nienawidziłem siebie, że za mało się staram. Szukałem co pokochać, kochając kochanie, i nienawidziłem bezpieczeństwa i życia bez pułapek na myszy, bo wewnątrz trawił mnie głód wewnętrznego pokarmu, ciebie samego, Boże mój, ale ten głód mi nie doskwierał. Nie pragnąłem pokarmów niezniszczalnych, nie dlatego, że byłem ich syty, przeciwnie: im byłem bardziej pusty, tym bardziej się nimi brzydziłem.
Dlatego źle się miała dusza moja, owrzodziała, wyrywała się ze mnie, żałośnie starając się podrapać swoje swędzenie ocierając się o rzeczy zmysłowe. Ale gdyby te rzeczy zmysłowe nie miały duszy, nie warto byłoby ich kochać. Kochać i być kochanym - to było mi słodkie, tym bardziej, gdy mogłem cieszyć się ciałem kochanki. Zakaziłem tętnicę przyjaźni brudem pożądliwości, jej blask zaćmiłem piekłem żądzy. I tak to, wstrętny i nieszczery, elegancki i wielkomiejski, chodziłem uzbrojony w obfitość próżności.
Wpadłem wreszcie w miłość, której pragnąłem ulec. Boże mój, miłosierdzie moje, jakże zepsułeś mi tę słodycz i jak zaprawiłeś ją dobrem, bo i kochany byłem, i w sekrecie osiągnąłem więzy satysfakcji, ale i pętały mnie kajdany radosnego smutku, i chłostały mnie rozżarzone kije żelazne zazdrości i podejrzenia i lęki i wściekłość i kłótnie.
Rozdział III, 2
Caput III, 2
Porywały mnie przedstawienia teatralne, pełne obrazów nieszczęść moich i podsycające mój ogień. Jak to jest, że człowiek chce cierpieć patrząc na to, co smutne i tragiczne, a przecież sam nie chciałby tego doświadczyć? A jednak chce cierpieć patrząc na ból postaci, a ból ten daje mu przyjemność. Coż to za cudowne szaleństwo? Bo każdego poruszają te uczucia, tym bardziej im bardziej sam na nie choruje, chociaż kiedy sam cierpi, nazywa się to nieszczęściem, a kiedy odczuwa cudze cierpienie, nazywa się to współczuciem. Ale jak można mówić o współczuciu w sprawach fikcyjnych i scenicznych? Widza nie wzywa się przecież na pomoc, ale jakby zaprasza do cierpienia, i tym bardziej chwali widz aktorów i sceny, im więcej cierpi. A jeśli katastrofy owych postaci, czy to antycznych, czy fikcyjnych, są przedstawione tak, że widz nie cierpi, to wychodzi z niechęcią i obrzydzeniem: jeśli zaś cierpi, zostaje, zadowolony, i ciesząc się płacze.
A zatem ludzie kochają cierpieć. Ale z pewnością każdy człowiek chce się radować. Nikt nie lubi cierpieć nieszczęść, ale każdy lubi współczuć, co też wiąże się z jakimś cierpieniem. Może z tej to przyczyny ludzie kochają cierpieć? I to płynie więc z tętnicy przyjaźni. Ale dokąd idzie? Dokąd płynie? Dlaczego wpada w wir wrzącej otchłani, ogromny żar żądz wstrętnych, w które samo współczucie zmienia się i z własnej woli przeobraża, wykręcone i wyrzucone z niebiańskiej jasności? Czy więc odrzucić należy współczucie? W żadnym razie. Czasem dobrze jest kochać cierpienia. Ale strzeż się nieczystości, duszo moja, pod opieką Boga mego, Boga ojców naszych, chwalebnego i wywyższonego na wieki, strzeż się nieczystości.
Teraz także przecież współczuję, ale wtedy cieszyłem się z występnej radości kochanków sobą nawzajem, kiedy taką historię przedstawiano w teatrze. Kiedy zaś los ich rozdzielił, smuciłem się jakby współczując, tak, że w każdym razie było mi przyjemnie. Teraz jednak bardziej żałuję tego, kto cieszy się z przestępstwa, niż tego, kto przeżywa utratę niszczącej rozkoszy i żałosnej szczęśliwości. To jest prawdziwe współczucie, ale nie ten ból jest przyjemny. Choć bowiem zasługuje na pochwałę za swe miłosierdzie ten, kto cierpiącemu współczuje, to przecież wolałby on, by nie istniała przyczyna cierpienia, któremu po bratersku współczuje. Bo gdyby istniała złośliwa dobroć, (która na pewno nie istnieje) to mógłby ten, kto prawdziwie i szczerze współczuje chcieć istnienia nieszczęśliwych, którym mógłby współczuć.
Czasem więc trzeba cierpienie przyjąć, ale w żadnym nie trzeba się kochać. A ty, Panie Boże, który dusze kochasz, współczujesz nam w sposób daleko bardziej czysty i niezniszczalny niż my potrafimy współczuć, bo ciebie żaden ból nie zrani. A kto z nas tak potrafi?
A ja nieszczęsny kochałem cierpieć, i szukałem nad czym cierpieć mógłbym, i tym bardziej podobała mi się gra aktora, obce i fałszywe i roztańczone nieszczęścia, tym gorącej mnie to pociągało, im więcej łzy mi leciały. Cóż więc dziwnego, że nieszczęśliwa owca, która odeszła od twojego stada i nie mogła znieść straży twojej pokryła się wstrętnym świerzbem? Stąd pochodziło moje kochanie się w cierpieniach. Nie chciałem, by wniknęły głębiej (nie kochałem przecież przeżywać tego, na co patrzyłem), ale miło drapały na powierzchni, gdy o ich słuchałem i były zmyślone. Ale kiedy drapie się wrzód zaogniony, to leci ropa i krew skażona. Czy to moje życie w ogóle było życiem, Boże mój?
Rozdział III, 3
Caput III, 3
A krążyło nade mną z daleka wierne miłosierdzie twoje. Wypalałem się w nieprawościach i uwiodła mnie bluźniercza ciekawość, tak że porzuciłem ciebie i poszedłem w głębię niewiary i otoczyły mnie żałobne ceremonie demonów, którym ofiarowałem złe czyny moje. A we wszystkich chłostałeś mnie. Zaryzykowałem nawet i podczas odprawiania uroczystości twoich, w murach kościoła twojego, pożądałem i zawierałem umowę, które przynieść miała owoc śmierci. Za to chłostałeś mnie ciężkimi karami, ale wobec win moich to było niczym, o ty, bezmierne zmiłowanie moje, Boże mój, ucieczko moja od straszliwych zagrożeń, wśród których łaziłem z podniesioną głową, odchodząc daleko od ciebie, kochając drogi moje, nie twoje, kochając wolność zbiega.
Przykładałem się wtedy do tak zwanych elitarnych studiów, żeby w przyszłości odznaczyć się na mównicy podczas procesów, tym bardziej chwalony, im więcej bym oszukiwał. Taka jest ślepota ludzi, a tą ślepotą się szczycą. Byłem prymusem w szkole retoryki, i cieszyłem się tym zarozumiale i rozgrzewała mnie pycha, a i tak - Panie, ty to wiesz - byłem dużo spokojniejszy od Destruktorów (głupia ta i diabelska nazwa była jednak synonimem miejskiego szyku) i starałem się trzymać z daleka od zamieszania, które oni robili. Żyłem między nimi i wstydziłem się bezwstydnie, że nie jestem taki jak oni. Trzymałem się z nimi i cieszyłem się przyjaźnią niektórych z nich, od ich czynów jednak zawsze mnie odrzucało. Atakowali spokojnych, obcych ludzi, dokuczali im bezinteresownym wyśmiewaniem się i w ten sposób paskudnie się zabawiali. Nic nie może być bardziej podobne do czynów demonów. I nazwa Destruktorzy była dla nich idealna, bo sami byli zniszczeni i skrzywieni, a kłamliwe duchy w sekrecie śmiały się z nich i uwodziły, bo tak samo kochają wyśmiewać się i oszukiwać innych.
Rozdział III, 4
Caput III, 4
Między nimi więc studiowałem w tym niedołężnym wieku książki poświęcone retoryce i chciałem w niej zabłysnąć dla zgubnego i ulotnego celu zaspokojenia ludzkiej próżności. W zwykłym porządku studiów dotarłem do książki pewnego Cycerona, którego język niemal wszyscy podziwiają, ale serce już nie tak. Ale ta książka była zachętą do filozofii i nazywała się "Hortensjusz".
Ta książka zmieniła moje nastawienie i do ciebie, Panie, zacząłem się modlić, i nowe wzbudziła we mnie śluby i pragnienia. Nagle wszystkie fałszywe nadzieje straciły sens i niewiarygodnym żarem serca zapragnąłem nieśmiertelności z mądrości, i zacząłem się podnosić, żeby wrócić do ciebie. Nie dla ostrzenia języka, co było przecież celem wydatków matki, kiedy miałem te lat dziewiętnaście, a ojciec już od dwóch lat nie żył, nie dla ostrzenia języka czytałem tę książkę, nie przemawiał do mnie styl dyskursu, ale to, co tam było napisane.
Ależ ja zapłonąłem, Boże mój, ależ ja zapłonąłem, żeby odfrunąć od rzeczy ziemskich do ciebie, i nie wiedziałem, co ty ze mną robisz! U ciebie jest jednak mądrość. Miłość zaś mądrości po grecku nazywa się filozofia i nią ta książka mnie rozpaliła.
Są tacy, co pod wielkim, czułym i szacownym imieniem filozofii podmalowują i zamalowują własne błądzenie, a prawie wszystkich takich autorów z dawniejszych czasów omawia się i wyjaśnia w tej książce, i uzdrawiające pouczenie twojego Ducha ukazuje się tam, zgodnie ze słowami twojego dobrego i wiernego sługi: "Patrzcie, by kto was nie oszukał przez Filozofią i próżne omamienie wedle ustawy ludzkiej, podług elementów świata, a nie według Chrystusa, gdyż w nim mieszka wszytka zupełność Bóstwa cieleśnie". Ty wiesz, światło serca mego, że ja wtedy nie znałem jeszcze tej uwagi apostoła, ale już cieszyłem się tą zachętą, bo nie namawiała mnie do tej czy innej grupy, ale do samej mądrości, czymkolwiek by ona nie była, abym ją kochał i szukał i szedł za nią i złapał ją i objął mocno - do tego pobudzała ta książka i zająłem się tym ogniem i zapłonąłem, a jedyne, co mnie w tej pasji powstrzymywało, to że nie było tam imienia Chrystusa, bo to imię, według miłosierdzia twego, Panie, to imię Zbawiciela mojego, Syna twojego, już ze słodkim mlekiem matki serce moje wiernie wypiło i wysoko w sobie chowało, i jeśli nie było gdzieś tego imienia, to choćby treść była uczona i wytworna i prawdziwa, to nie mogła mnie całego porwać.
Rozdział III, 5
Caput III, 5
I tak to postanowiłem skupić umysł na Pismie Świętym i zobaczyć, jakie ono jest. I oto ujrzałem coś, co nie było otwarte dla zarozumiałych, ani obnażone dla dzieci, lecz proste dla tych, co je odkrywać zaczynają, wspaniałe dla tych, którym się to udaje i okryte zasłoną tajemnic. Ale ja nie byłem kimś, kto by potrafił wejść do niego, skłoniwszy głowę. Wtedy bowiem, gdy rozważałem to Pismo, nie odbierałem go tak jak teraz, gdy to mówię, ale Pismo zdawało mi się niegodne porównania z dostojeństwem Tuliusza. Mój wrzód zasłaniał mi naturę Pisma i nie pozwalał mi wejrzeć w jego wnętrze. Tak naprawdę Pismo rośnie wraz z dzieckiem, ale ja nie chciałem być dzieckiem. Nadęty arogancją uważałem się za wielkiego.
Rozdział III, 6
Caput III, 6
Wpadłem więc między ludzi bredzących zarozumiale, nadto cielesnych i gadatliwych, w których ustach mieszały się sidła diabelskie i lep zmajstrowany z sylab imienia twojego i Pana Jezusa Chrystusa i Parakleta Pocieszyciela naszego Ducha Świętego. Te imiona nigdy nie schodziły z ich ust, ale były to tylko dźwięki wydawane językiem, bo w ich sercach nie było prawdy. I mówili: "prawda i prawda", ciągle mi to mówili, ale nigdzie jej w nich nie było. Mówili kłamstwa, nie tylko o tobie, który samą Prawdą jesteś, ale także o tych elementach tego świata, stworzeniach twoich, o których przecież filozofowie prawdę mówili, choć ja i tak powinienem unikać filozofów ze względu na miłość twoją, mój Ojcze, dobro najwyższe, piękności najśliczniejsza.
O Prawdo! Prawdo! Jak blisko wtedy wzdychałem do ciebie z samego serca duszy mojej, kiedy oni wciąż i rozmaicie mówili do mnie, przez ich głosy puste i przez mnóstwo ich pięknych książek. Takie to były naczynia, w których mi, głodnemu ciebie, serwowali zamiast ciebie słońce i księżyc, piękne dzieła twoje, ale jednak dzieła twoje, nie ciebie, i do tego nie dzieła pierwsze. Pierwsze były bowiem stworzenia twoje duchowe, przed tymi materialnymi, choć świetlistymi i niebiańskimi. Ale ja nie pragnąłem i nie byłem głodny tych stworzeń, nawet tych pierwszych, ale ciebie samego, ciebie, Prawdy, w którym nie ma zmiany ani zaćmienia przemiany. I podawali mi na takiej zastawie wspaniałe wytwory wyobraźni, od których lepiej byłoby już kochać to słońce, które naprawdę widzimy oczyma. Lepiej niż kochać te fałszywe słońca umysłem oszukanym przez oczy. Ale jednak jadłem, bo sądziłem, że to ty jesteś, niezbyt chętnie jednak, bo nie smakowało to jak ty (i faktycznie nie było cię w tych szalonych wizjach). I nie najadałem się, ale stawałem się coraz bardziej głodny.
Jedzenie w snach podobne jest do jedzenia czuwających, ale śniący się nim nie nasycą, bo tylko śnią. Ale tamte fantazje w żaden sposób nie były podobne do ciebie, takiego, jaki jesteś gdy teraz do mnie przemówiłeś, bo to były materialne wytwory wyobraźni, fałszywe obiekty, od których pewniejsze są już obiekty, które widzimy wzrokiem cielesnym, czy to na niebie czy na ziemi, podobnie jak widzą je bydło i ptaki. Widzimy je bowiem, dlatego są pewniejsze niż kiedy tylko sobie je wyobrażamy. A te wyobrażone są z kolei pewniejsze od tych, które, na podstawie wyobrażeń, tylko przypuszczamy, że istnieją, choćby były imponujące i nieskończone, bo te są zupełnie niczym. Takimi pustymi słowami mnie karmili, ale nie byłem nakarmiony. Bo ty, miłości moja, w którym się pogrążam, żeby nabrać siły, nie jesteś tymi obiektami, które widzimy, choćby na niebie, ani tymi, których nie widzimy, bo ty je stworzyłeś, i nie uważasz ich nawet za twoje najlepsze stworzenia. A jak daleko ci do tamtych moich wyobrażeń, wyobrażeń rzeczy, których w ogóle nie ma! O ile pewniejsze są wyobrażenia rzeczy, które są, a od nich pewniejsze same rzeczy, którymi jednak ty nie jesteś. Ale nie jesteś też duszą, która jest życiem rzeczy materialnych (dlatego życie rzeczy jest lepsze i pewniejsze niż same te rzeczy). Ty jesteś życiem dusz, życiem życia, żyjesz sam sobą i nie zmieniasz się, o życie duszy mojej.
Gdzie ty mi wtedy byłeś i jak daleko? A daleko zawędrowałem od ciebie, pozbawiony nawet żarcia dla świń, którym je karmiłem. O ile przecież lepsze są bajki nauczycieli i poetów, niż te pułapki! Bo wiersze i pieśni i Medea fruwająca są na pewno bardziej pożyteczne niż pięć żywiołów rozmaicie namalowanych obok pięciu jaskiń ciemności, która w ogóle są niczym i zabijają tego, kto w nie wierzy. Wierszem i pieśnią mogłem się pożywić, o fruwającej Medei śpiewałem, ale nie przywiązywałem się do tego, a choć pieśni słuchałem, nie wierzyłem. Ale w tamto wierzyłem.
O nie! Jakie to stopnie prowadziły mnie w głąb piekła, chociaż męczyłem się i płonąłem z braku prawdy, kiedy ciebie, Boże mój (tobie wyznaję, że wtedy cię jeszcze nie wyznawałem, ale ty się nade mną zmiłowałeś) kiedy ciebie szukałem nie kierując się rozumem, którym zechciałeś odróżnić mnie od zwierząt, ale kierując się zmysłami cielesnymi. Ale ty byłeś wyżej niż to, co we mnie najwyższe i bliżej niż to, co mi najbliższe.
Wpadłem na tę kobietę bezczelną i nieroztropną z przypowieści Salomona, która siedzi w drzwiach na krześle i mówi: "Wody kradzione słodsze są, a chleb kryjomy smaczniejszy". Te rzeczy mnie uwiodły, bo mieszkałem na dworze, w oczach ciała mojego i to w sobie przeżuwałem, co oczami wchłonąłem.
Rozdział III, 7
Caput III, 7
Nie znałem bowiem nic innego co naprawdę jest i dość mocno postanowiłem poprzeć głupich kłamczuchów, kiedy mnie pytali: skąd zło? A czy Bóg ma formę cielesną i włosy i paznokcie? I czy należy uznać za sprawiedliwych ludzi, którzy mają wiele żon jednocześnie i zabijają innych ludzi i składają ofiary ze zwierząt? Zamartwiałem się, bo nie rozumiałem tych spraw, a odchodząc od prawdy mniemałem, że się do niej zbliżam, bo nie wiedziałem, że zło jest niczym innym jak ograniczaniem dobra aż do momentu, że dobra wcale nie ma. (Skąd miałbym to wiedzieć, skoro mój wgląd do rzeczy materialnych ograniczały oczy, a do umysłu - wyobrażenia?) I nie wiedziałem, że Bóg jest duchem i nie ma części ciała, którym można by zmierzyć długość i szerokość. I nie ma Bóg masy, bo masa jest w swojej części mniejsza niż w całości, a jeśli jest nieskończona, to jest mniejsza w jakiejś części ograniczonej pewną przestrzenią niż w swej nieskończoności, i nie jest wszędzie cała, tak jak duch, jak Bóg. I zupełnie nie wiedziałem, co by miało być w nas takiego, co jest na obraz i podobieństwo Boże i czy słusznie Pismo tak mówi.
I nie znałem wnętrza prawdziwej sprawiedliwości, która nie sądzi na podstawie zwyczajów, ale na podstawie sprawiedliwego prawa Boga wszechmogącego, która kształtuje obyczaje krain i czasów dla tych krain i czasów, podczas gdy ona sama jest wszędzie i zawsze ta sama, a nie taka w jednym miejscu a inna w drugim. Według niej sprawiedliwi byli Abraham i Izaak i Jakub i Mojżesz i Dawid i wszyscy oni zostali pochwaleni przez Boga. Ale ignoranci uznali ich za niesprawiedliwych, bo sądzą czasy i zwyczaje całego rodzaju ludzkiego na podstawie własnych zwyczajów. Tak jakby ktoś, nie znając się na zbroi, która część gdzie jest przeznaczona, próbował założyć na głowę nagolenicę, a hełm na nogę i narzekał, że nie bardzo pasuje. Albo jakby ktoś się złościł, że nie wolno mu sprzedawać towarów także po południu, podczas gdy targ był tylko do południa. Albo jakby w jakimś domu ktoś zobaczył, że sługa dotyka czegoś rękoma, czego nawet podczaszemu nie wolno dotykać. Albo jakby ktoś oburzał się, że w stajni robi się to, czego nie wolno przy stole - a przecież chodzi o jeden dom i jedną rodzinę, ale nie każdemu wolno to samo i nie wszędzie.
Tacy są ci, którzy oburzają się, gdy słyszą że w jakiejś epoce wolno było sprawiedliwym robić to, czego teraz sprawiedliwym nie wolno, a skoro jednym coś Bóg przykazał, a drugim co innego z powodu odmienności czasów, choć tej samej sprawiedliwości mają służyć jedni i drudzy. A przecież jeżeli chodzi o pojedynczego człowieka albo dzień albo dom, to rozumieją, że części mają różne funkcje i że to, co przed chwilą było dozwolone, po określonej godzinie jest zabronione, albo że to, co wolno robić i co chwali się w jednym kącie domu, tego w drugim zabrania się i karze.
Czy więc sprawiedliwość jest rozmaita i zmienna? Nic podobnego. Ale czasy, nad którymi sprawiedliwość panuje, nie idą równo; są bowiem czasami. Ludzie zaś, których życie na ziemi jest krótkie, nie potrafią zmysłami połączyć przyczyn obyczajów dawnych wieków i obcych narodów, których nie doświadczyli, z tymi, których doświadczyli. Jednak jeśli chodzi o pojedyncze ciało albo dzień albo dom łatwo mogą zobaczyć, co wolno i przystoi poszczególnym częściom ciała albo chwilom albo częściom czy osobom. I tamte obyczaje ich oburzają, a tych przestrzegają.
Nie wiedziałem o tym wówczas, nie zwracałem na to uwagi i choć biło w oczy - nie widziałem. A śpiewałem pieśni i przecież nie wolno mi było położyć stopy jakiejkolwiek i gdziekolwiek, ale w określonym metrze i jego wersie musiały stać konkretne stopy, odmiennie niż w innym, a nie w każdym miejscu te same stopy. A przecież sztuka poetycka, zgodnie z którą śpiewałem, nie była w różnych miejscach rozmaita, ale wszędzie taka sama. Ale nie brałem pod uwagę, że sprawiedliwość, której służyli ludzie dobrzy i święci, jest dużo wspanialsza i wznioślejsza, a w niej wszystkie przykazania trwają na raz i żadna jej część się nie zmienia, ale jednak w różnych czasach nie istnieje cała na raz, ale nakazuje to, co danej epoce przystoi. A ja, ślepy, potępiałem świętych ojców, nie tylko za to, że w swojej teraźniejszości zachowywali się zgodnie z Bożym przykazaniem i natchnieniem, ale także za to, że zapowiadali przyszłość tak, jak im Bóg objawił.
Rozdział III, 8
Caput III, 8
Czy nie jest prawdą, że zawsze i wszędzie jest sprawiedliwe, żeby kochać Boga z całego serca i całej duszy i całym umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego? Dlatego przestępstwa przeciw naturze zawsze i wszędzie są godne potępienia i kary, tak jak były przestępstwa Sodomitów. Nawet gdyby wszystkie narody tak robiły, i tak byłaby to zbrodnia prawem Bożym zabroniona, bo nie tak Bóg stworzył ludzi, żeby siebie nawzajem w ten sposób wykorzystywali. Kiedy bowiem naturę, której sam Bog jest autorem, brudzi się skrzywioną żądzą, łamie to wspólnotę, którą z nim mieć powinniśmy.
Tego zaś, co jest przestępstwem przeciwko obyczajom ludzi należy unikać w imię różnorodności obyczajów, bo żadnemu obywatelowi ani podróżnemu nie wolno łamać swoją żądzą umów, które między sobą utwierdzili mieszkańcy miasta albo naród poprzez zwyczaj czy prawo. Bo odrzucająca jest każda część, która nie pasuje do całości. Jeśli zaś Bóg nakaże coś przeciw zwyczajowi albo umowie, należy to uczynić, nawet jeśli nigdy wcześniej tego nie czyniono. Jeśli o nakazie zapomniano, należy go przywrócić. Jeśli czegoś nie ustanowiono, należy to ustanowić. Wolno przecież królowi, który panuje nad swoim królestwem, nakazać coś, co nie obowiązywało ani za jego poprzedników ani dotychczas za jego rządów, a posłuszeństwo temu nakazowi nie sprzeciwia się dobru społeczności jego państwa, natomiast nieposłuszeństwo - tak (generalnie posłuszeństwo królom jest przyjęte w społeczności ludzkiej). O ileż więc bardziej należy bez powątpiewania służyć nakazom Boga, władcy całego stworzenia. Tak jak w społeczności ludzkiej wyższa władza przywołuje do posłuszeństwa niższą, tak Bogu wszystko ma być posłuszne.
Podobnie jest jeśli chodzi o zbrodnie, czy to wynikające z żądzy zniszczenia przez zniewagę, faktyczny atak czy przez obie te rzeczy, albo popełniane dla zemsty, jak w przypadku działania wroga przeciwko wrogowi, albo dla dodatkowej korzyści, jak w przypadku rozbójnika przeciwko podróżnemu, albo dla uniknięcia zła, jak w przypadku ataku na kogoś, kto budzi strach, albo z zazdrości, jak w przypadku kogoś, kto ma więcej szczęścia od drugiego czy może powiodło mu się w czymś i teraz boi się, że ten drugi będzie mu równy lub też zazdrości, że już jest mu równy, albo popełniane dla czystej radości z cudzego nieszczęścia, jak w przypadku widzów igrzysk gladiatorów czy też prześmiewców i wszelkiego rodzaju szyderców.
Takie są główne korzenie nieprawości, które wyrastają albo z żądzy panowania, oglądania albo doznawania czy też z dwóch spośród nich na raz albo ze wszystkich trzech. Kto tak żyje, sprzeciwia się trzem i siedmiu, dziesięciostrunnej lirze, Dekalogowi twemu, o Boże najwyższy i najsłodszy. Ale czym są przestępstwa dla ciebie, który nie podlegasz zepsuciu? Czym zbrodnie dla ciebie, któremu nie da się zaszkodzić? Ty jednak oskarżasz nawet za to, co ludzie popełniają przeciwko sobie, bo kiedy grzeszą w tobie, czynią bezbożność w duszach swoich, a nieprawość łże samej sobie. Tacy ludzie niszczą i wykrzywiają swoją naturę, którą ty stworzyłeś i uporządkowałeś, albo w nieumiarkowany sposób używając rzeczy dozwolonych, albo podniecając się rzeczami niedozwolonymi, co jest przeciwko naturze. Niektórzy też buntują się przeciwko tobie duszą i słowami i wierzgają przeciw ościeniowi, żeby, zniszczywszy granice ludzkiej społeczności, cieszyć się bezczelnie własnymi związkami i podziałami, zgodnie tym, co im się podoba albo ich oburza.
Tak dzieje się, gdy ciebie opuszczamy, o źródło życia, który jesteś jedynym i prawdziwym stwórcą i władcą wszechświata, i gdy własna pycha kocha jakąś część jako fałszywą całość. A tymczasem wraca się do ciebie przez pobożność pokorną, i oczyszczasz nas ze złych nawyków, i łaskawy jesteś wobec grzechów, które wyznajemy i wysłuchujesz płaczu zakutych w kajdany i wyzwalasz nas z więzów, które sobie nałożyliśmy, jeśli tylko nie podnosimy na ciebie rogów fałszywej wolności, z chciwości posiadania więcej nie ryzykujemy utraty wszystkiego, bardziej kochając to, co własne nad ciebie, dobro wszystkich.
Rozdział III, 9
Caput III, 9
Ale między przestępstwami, zbrodniami i wieloma nieprawościami są także grzechy tych, którzy generalnie robią postępy, ale których ludzie obdarzeni zdrowym rozsądkiem muszą ocenić i potępić, według reguły doskonałości, ale i pochwalić w nadziei na dobre owoce, jakby młode zboże. I są też rzeczy podobne do przestępstwa czy zbrodni, ale tak naprawdę nie będące grzechami, bo nie obrażają ani ciebie, Panie Boże nasz, ani społecznej wspólnoty. Tak jest na przykład gdy gromadzi się zapasy, rozsądnie i zawczasu - pozostaje niepewne, czy motywacją jest żądza posiadania. Albo gdy prawowita władza zapamiętale karze występki, aby je naprawić - czy robi to z żądzy krzywdzenia.
W ten sposób wiele jest czynów, które ludzie uważają za godne potępienia, a które według twojego świadectwa są godne aprobaty, i wiele jest takich, które ludzie chwalą, a ty zaświadczasz, że należy je zganić, jak to często jest w przypadkach, kiedy zewnętrzny pozór czynu nie odpowiada intencji czyniącego albo ukrytemu momentowi w czasie.
Jeśli zaś ty nagle nakazujesz coś niezwykłego i niespodziewanego, to choćbyś wcześniej tego zakazywał, choćbyś na razie ukrył przyczynę rozkazu, i choćby sprzeciwiało się to jakiejś umowie społecznej - kto może wątpić, że należy to wykonać, jeśli sprawiedliwa jest ludzka społeczność, która służy tobie? Lecz błogosławieni, którzy znają twoje nakazy. Wszystko bowiem, co czynią twoi słudzy służy albo jasnemu okazaniu tego, co teraz należy czynić, albo jest zapowiedzią przyszłości.
Rozdział III, 10
Caput III, 10
Nie wiedząc o tym wszystkim, wyśmiewałem święte sługi i proroków twoich. A cóż robiłem, kiedy ich wyśmiewałem, jeśli nie wystawiałem się na wyśmianie przez ciebie, bo stopniowo i po trochu doprowadzono mnie do tego, że wierzyłem w bzdury, na przykład że figa płacze gdy się ją zerwie, a jej matka-drzewo leje łzy mleczne? Ale jeśli tę figę zje jakiś święty, oczywiście zerwaną przez kogoś innego, aby on sam był wolny od winy, to z figi zmieszanej z jego wnętrznościami wraz z jego oddechem uwolnią się aniołowie, a nawet cząsteczki Boga, podczas gdy ten święty wzdycha w modlitwie i beka. A te cząsteczki, najwyższe i prawdziwe, byłyby uwięzione w tym owocu, gdyby zęby i żołądek wybranego świętego ich nie uwolniły. I wierzyłem, biedak, że bardziej należy współczuć owocom ziemi niż ludziom, dla których owoce się narodziły. Jeśli bowiem ktoś głodny, kto nie byłby manichejczykiem, poprosiłby o jedzenie, to dając mu kromkę chleba skazalibyśmy ją na śmierć.
Rozdział III, 11
I spuściłeś rękę swoją z wysokości i wyrwałeś duszę moją z tej głębokiej mgły, gdy łzy za mnie wylewała do ciebie matka moja, wierna tobie, bardziej niż płaczą matki na pogrzebach. Bo widziała śmierć moją w wierze i w Duchu którego miała od ciebie. I wysłuchałeś ją, Panie, wysłuchałeś ją i nie pogardziłeś jej łzami, które płynąc z jej oczu moczyły ziemię w każdym miejscu jej modlitwy. Bo skąd inaczej ten sen, którym ją pocieszyłeś, tak że zaczęła znów żyć ze mną w jednym domu i dzielić ze mną stół? (czego zaczęła odmawiać, unikając i nienawidząc moich bluźnierczych błędów). W tym śnie zobaczyła samą siebie stojącą na jakby drewnianej miarce i podchodzącego do niej wspaniałego młodzieńca, który był radosny i uśmiechał się do niej, podczas gdy ona rozpaczała, wypełniona żalem. Gdy zapytał o przyczynę jej smutku i codziennego płaczu (raczej żeby tym pytaniem czegoś ją nauczyć niż żeby się czegoś dowiedzieć, jak to zwykle bywa) odpowiedziała, że opłakuje moją zgubę. On ocenił, że jest bezpieczna i pouczył ją, żeby zwróciła uwagę i spojrzała, że tam gdzie ona, tam i ja jestem. Ona rozejrzała się i zobaczyła, że ja stoję obok niej na tej miarce. Skąd ten sen, jeśli to nie ty nakłoniłeś ucha do głosu jej serca, o dobro wszechmogące, który tak się troszczysz o każdego z nas, jakby tylko on sam istniał i o wszystkich troszczysz się jak o pojedyncze osoby?
Kiedy opowiedziała mi to widzenie, ja próbowałem ją przekonać, że chodzi o to, aby nie traciła nadziei że sama stanie się taka jak ja, ale ona natychmiast, bez wahania odpowiedziała: Nie, nie powiedziano mi "gdzie on jest, tam i ty" ale "gdzie ty jesteś, tam i on". Wyznaję ci Panie, wspomnienie moje, na ile je pamiętam, o czym zresztą nie raz mówiłem, że bardziej poruszyła mnie wtedy ta twoja odpowiedź udzielona mi poprzez czujną matkę, niż samo to, co widziała. Nie zmartwiła się wcale moją fałszywą, choć tak bliską, interpretacją snu i widziała od razu to, co trzeba było zobaczyć, a czego ja z pewnością nie widziałem, zanim mi nie powiedziała. Poruszył mnie wówczas ten sen, którym pocieszyłeś pobożną kobietę w jej obecnym nieszczęściu przepowiednią przyszłej, choć jeszcze odległej, radości.
Bo miało upłynąć jeszcze prawie dziewięć lat, podczas których ja tarzałem się tym głębokim bagnie i ciemnościach fałszu, choć często próbowałem się podnieść, ale wpadałem jeszcze głębiej, podczas gdy ona, wdowa czysta, pobożna i trzeźwa, jedna z tych, które kochasz, choć ożywiona nadzieją, wciąż nie mniej płakała i wzdychała. Nie poddawała się i zanosiła przez cały czas modlitwy za mnie do ciebie. I docierały jej prośby przed oblicze twoje, choć mnie pozwalałeś wciąż tarzać się i miotać w tej mgle.
Rozdział III, 12
Caput III, 12
I dałeś też drugą odpowiedź, którą pamiętam. Bo wiele pomijam, żeby prędzej przejść do tego, co pilniej chcę ci wyznać, a wiele już zapomniałem. Dałeś więc drugą odpowiedź przez twojego kapłana, pewnego biskupa, wykarmionego w Kościele i biegłego w twoich księgach. Jego to kobieta prosiła, żeby raczył ze mną porozmawiać i odeprzeć moje błędy i wyperswadował mi zło, a nauczył dobra (bo robił to, jeśli widział możliwość). On jej odmówił, naprawdę rozsądnie, o czym przekonałem się później. Odpowiedział, że jestem jeszcze niegotowy, nadęty nowością tej herezji, skoro wielu prostych ludzi dręczyłem swoim podpytywaniem, jak ona sama mu powiedziała.
"Zostaw go", powiedział. "Tylko módl się za niego. Będzie czytał i sam odkryje, jaki to błąd i jaka bezbożność". Zaraz opowiedział jej też, że kiedy był mały, jego matka, uwiedziona przez manichejczyków, oddała im go na wychowanie, i nie tylko przeczytał prawie wszystkie ich książki, ale też je przepisywał, ale przekonał się, sam, bez niczyjego dyskutowania i przekonywania, że od tej sekty trzeba uciekać. I uciekł. Powiedział to mojej matce, ale ona wciąż nie chciała się uspokoić, tylko jeszcze bardziej rozpaczała i płakała, żeby się ze mną zobaczył i porozmawiał. W końcu, dosyć zdenerwowany, powiedział jej: "Doprawdy, idźże już. Nie może to być, żeby syn takich łez miał zginąć". A ona przyjęła te słowa, co później często wspominała w rozmowach ze mną, jakby z nieba rozbrzmiały.
Księga IV
Liber IV
Rozdział IV, 1
Caput IV, 1
Przez te dziewięć lat, między moim dziewiętnastym a dwudziestym ósmym rokiem życia, byliśmy uwodzeni i uwodziliśmy, oszukiwali nas i oszukiwaliśmy rozmaitymi pragnieniami: publicznie przez nauki, które zwą wyzwolonymi, a w ukryciu przez fałszywego imienia religię, tu zarozumiali, tam przesądni, wszędzie próżni. Tu goniliśmy próżną chwałę popularności i dzikie żądze, aż do oklasków teatralnych i konkursowych pieśni, w zawodach o wieniec z siana i uciechę widzów, tam z kolei szukaliśmy oczyszczenia z tych brudów, kiedy wraz tymi, których nazywaliśmy wybranymi i świętymi, ofiarowaliśmy potrawy, z których oni, w warsztatach swych brzuszków, mieli wytworzyć aniołów i bogów, żeby nas wyzwolili.
I goniłem za tym i robiłem to wraz z przyjaciółmi przeze mnie i ze mną oszukanymi. Niech się śmieją ze mnie aroganci i ci, których ty, Boże mój, nigdy zbawiennie nie pokonałeś i z nóg nie zwaliłeś, ja zaś będę wyznawał tobie hańbę moją na chwałę twoją. Oszczędź mnie, błagam, i daj mi teraz krążyć w pamięci, gdy wspominam jak dawniej krążyłem, błądząc i daj mi złożyć ofiarę radosną. Czym bowiem jestem bez ciebie, jak nie wodzem w przepaść? Albo czym jestem, gdy mi dobrze, jak nie ssącym mleko twoje i rozkoszującym się tobą, pokarmem, który nie ulega zepsuciu? I kimże jest człowiek, ktokolwiek, jeśli nie tylko człowiekiem? Niech śmieją się z nas potężni i silni, my zaś, słabi i biedni, wyznawajmy przed tobą.
Rozdział IV, 2
Caput IV, 2
Uczyłem w tamtych latach sztuki retorycznej i sprzedawałem zwycięską elokwencję, sam zwyciężony pożądaniem. Ale Panie, ty wiesz, że wolałem mieć dobrych uczniów, o ile można ich nazwać dobrymi, i bez patosu uczyłem ich mówić patetycznie, co prawda nie po to, żeby oskarżali niewinnych, ale żeby czasem bronili przestępców. I widziałeś, Boże, jak upadam na śliskiej drodze i w gęstym dymie dojrzałeś iskrę wiary mojej, którą okazałem w tym nauczaniu miłośników marności i poszukiwaczy kłamstwa, sam ich towarzysz.
W tamtych latach miałem jedną kobietę, nie związaną ze mną tym, co zowią prawowitym małżeństwem, ale wyszukaną próżnym żarem pozbawionym rozsądku, ale miałem tylko ją jedną i dochowywałem jej wierności. Wtedy przekonałem się na własnym przykładzie, czym różni się zgoda w małżeństwie, które zostało zawarte dla zrodzenia potomstwa, od paktu pożądliwej miłości, gdzie potomstwo rodzi się nawet wbrew woli rodziców, ale kiedy już się urodzi, to zmusza, żeby je kochać.
Pamiętam też jak pewnego razu zachciało mi się wziąć udział w teatralnym konkursie pieśni. Zgłosił się do mnie jakiś wróżbita i spytał, co mu dam za zwycięstwo w konkursie. Ale ja nienawidziłem tych ich wstrętnych obrzędów i brzydziłem się nimi, więc odpowiedziałem, że nawet gdyby ten wieniec był nieśmiertelnie złoty, to nie dałbym nawet muchy zabić za moje zwycięstwo. Bo on miał zabić na tę swoją ofiarę zwierzęta, a ja sobie pomyślałem, że do asystowania w tych honorach zaprosi demony. Ale nie odrzuciłem tego zła w imię twojej czystości, Boże serca mego. Nie wiedziałem nic o kochaniu ciebie, a znałem tylko kochanie cielesnych blasków. A czy wdychając takie brednie dusza nie cudzołoży przeciwko tobie, kiedy ufa kłamstwom i pasie demony wiatrów? Ale jednak nie chciałem, żeby za mnie ofiary składano demonom, choć sam im składałem ofiary przez moje przesądy. Czym innym bowiem niż pasieniem demonów wiatru jest takie błąkanie się dla ich przyjemności i szyderstwa?
Rozdział IV, 3
I dlatego nie wahałem się zasięgać rady tych błaznów, których zwą astrologami, bo u nich nie ma żadnych ofiar ani modlitw do żadnych duchów czy wróżenia. Ale chrześcijańska i prawdziwa pobożność to odrzuca i potępia. Dobrze jest bowiem grzechy tobie wyznawać, Panie, i mówić: zmiłuj się nade mną, uzdrów duszę moją, bom grzeszył tobie. I nie nadużywać pobłażliwości twojej, żeby dać sobie pozwolenie na grzech, ale pamiętać głos Pański: "otoś się stał zdrowy. Już nie grzesz, żeby ci się co gorszego nie stało". A tymczasem oni próbują zabić to zdrowie mówiąc: "niebo sprawia, że musisz grzeszyć" i "Wenus to sprawiła albo Saturn, albo Mars", żeby tylko człowiek pozostał bez winy, mięso i krew i zarozumiała zgnilizna, a obwinić trzeba stworzyciela i rządcę nieba i gwiazd. A kto nim jest jeśli nie Bóg nasz, słodycz i źródło sprawiedliwości, który oddasz każdemu według jego czynów i sercem skruszonym i pokornym nie wzgardzisz?
Był wtedy pewien bystry człowiek, biegły w sztuce medycznej i z niej powszechnie znany. Był on prokonsulem i włożył na moją głowę koronę zwycięstwa w tym konkursie, która mnie jakoś nie uzdrowiła. Ale nie działał jako lekarz. Bo tej choroby uzdrowicielem ty jesteś, który pysznym się sprzeciwiasz, pokornym zaś łaskę dajesz. Czy mnie wtedy opuściłeś albo czy przestałeś uzdrawiać moją duszę, także przez tego starca?
Kiedy bowiem lepiej się zaznajomiłem z nim i z jego wypowiedziami (bo były przyjemne i poważne, nie dzięki profesjonalnej elokwencji, ale dzięki żywiołowości jego poglądów), dałem mu w rozmowie do zrozumienia, że jestem zaangażowanym i upartym zwolennikiem książek astrologów. On zaczął mi łagodnie i po ojcowsku perswadować, żebym je wyrzucił i nie marnował na te głupoty uwagi i sił potrzebnych na pożyteczne rzeczy. Powiedział, że sam je studiował kiedy był młody, z zamiarem uczynienia z astrologii swojego zawodu, a skoro pojął Hipokratesa, to i te książki pewnie raczej zrozumiał, a jednak porzucił je i poszedł w stronę medycyny z tej właśnie przyczyny, że przekonał się o ich całkowitej fałszywości. Powiedział też, że poważny człowiek nie może żyć z nabierania ludzi. "A ty", powiedział, "masz utrzymanie, zajmujesz się retoryką, a za tymi błędami chodzisz z wolnej woli, nie z żadnej konieczności ani z przyczyn rodzinnych. Tym bardziej powinieneś uwierzyć mnie, który studiowałem te książki bardzo pilnie, bo zamierzałem żyć tylko z tego". A kiedy spytałem go, jak to się dzieje, że wiele z tych przepowiedni okazuje się prawdziwych, odpowiedział jak potrafił, że siła losu to sprawia, która przenika całą przyrodę. Bo kiedy ktoś akurat przypadkiem zagląda do jakiegoś pogańskiego poety, który całkiem co innego śpiewał i miał na myśli, i akurat trafia na wers, który w cudowny sposób współbrzmi z jego sprawami, to nie należy nazywać tego "cudownym". Jeśli dzieje się tak, to za sprawą jakiegoś wyższego instynktu duszy ludzkiej, która sama nie wie, co w sobie czyni. Nie władzą sztuki, lecz losu rozbrzmiewa coś, co zgadza się z faktami i sprawami pytającego.
W ten sposób zatroszczyłeś się o mnie za jego sprawą czy też przez niego, a ja sam później szukałem tego, co wtedy w mojej pamięci naszkicowałeś. Wtedy jednak ani on ani mój ukochany Nebrydiusz, chłopak bardzo dobry i bardzo bystry, który wyśmiewał cały ten sposób wróżenia, nie mogli mnie przekonać, żebym to porzucił, bo bardziej przemawiał do mnie autorytet autorów tych książek, a wciąż nie znajdowałem, choć szukałem, pewnego dowodu, który bezwątpliwie przekonałby mnie, że ich przepowiednie sprawdzają się za sprawą przypadku lub losu, a nie sztuki badania gwiazd.
Rozdział IV, 4
Caput IV, 4
W tych latach, kiedy zacząłem uczyć w rodzinnym mieście, zaprzyjaźniłem się z kimś bardzo mi drogim, dzięki wspólnym pasjom. Był moim rówieśnikiem, obaj byliśmy w kwiecie młodości. Ze mną ten chłopiec dorastał i razem chodziliśmy do szkoły i razem się bawiliśmy. Ale wtedy jeszcze nie był mi takim przyjacielem. Zresztą, czy potem był nim tak naprawdę? Bo prawdziwa przyjaźń jest tam, gdzie ty ją spajasz wsród ludzi związanych z tobą miłością rozlaną w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Jednak słodka była to przyjaźń, uwarzona żarem wspólnych pasji.
Nawet od prawdziwej wiary, której zresztą chłopak ani szczerze ani głęboko nie wyznawał, jeszcze go odciągałem moimi przesądnymi i szkodliwymi bajdami, przez które matka załamywała nade mną ręce. Potem ze mną błądził w duchu, gdy dorośliśmy, a moja dusza nie mogła się bez niego obejść.
I oto ty, prześladujący zbiegów przed tobą, Boże zemsty i źródło miłosierdzia zarazem, który cudownie nawracasz nas do siebie, oto zabrałeś człowieka z tego życia, kiedy ledwie dopełnił się rok mojej z nim przyjaźni, słodszej mi niż wszelkie słodycze tamtego życia mojego.
Któż opowie twoje chwalebne czyny, których sam doświadczył? Co ty wtedy zrobiłeś, Boże mój, i jak zrozumieć otchłań twoich wyroków? Bo kiedy męczyła go gorączka i długo leżał nieprzytomny, oblany śmiertelnym potem, wtedy stracili nadzieję i ochrzcili go nieprzytomnego. Ja o to nie dbałem i zakładałem, że jego dusza zachowa raczej to, co ode mnie przejął niż to, co stało się z jego ciałem, gdy był nieświadomy.
Stało się jednak zupełnie inaczej. Bo natychmiast wyzdrowiał i wydobrzał, a kiedy po raz pierwszy mogłem z nim porozmawiać (a mogłem kiedy tylko on mógł, bo byliśmy nierozłączni i wprost wisieliśmy na sobie nawzajem) zagadnąłem go żartobliwie, żeby i on pośmiał się ze mną z tego chrztu, który przyjął bez zmysłów i bez świadomości, bo już mu powiedzieli, że przyjął chrzest. Ale on się na mnie oburzył jak na wroga i zapowiedział mi z nagłą, cudowną śmiałością, że jeśli chcę pozostać jego przyjacielem, mam przestać mówić do niego takie rzeczy. Zdumiony i zmartwiony przestałem o tym mówić czekając aż w pełni wyzdrowieje i nabierze sił, a wtedy będę z nim mógł zrobić co zechcę. Ale został wyrwany spod mojego obłędu i zachowany w tobie na moją pociechę. Po kilku dniach, podczas mojej nieobecności, gorączka wróciła i zmarł.
Jaką ciemnością wypełniło się serce moje. Wszędzie widziałem śmierć. Moje miasto stało się karą, a dom rodzinny - dziwnym nieszczęściem. I wszystko, co z nim dzieliłem, bez niego zmieniło się w mękę. Moje oczy wszędzie go wyglądały, a jego nie było. I znienawidziłem te wszystkie miejsca, gdzie go nie było, bo nie mogły mi już powiedzieć: "zaraz przyjdzie", jak kiedy żył, ale akurat go nie było.
Stałem się jednym wielkim pytaniem. Wypytywałem duszę moją: czemu jesteś smutna i czemu tak strasznie mnie męczysz? A ona nie wiedziała, co mi odpowiedzieć. A kiedy mówiłem "ufaj Bogu" nie słuchała mnie i słusznie, bo prawdziwszy był i lepszy człowiek, którego tak kochałem, niż fantazja, w której kazałem jej ufać. Tylko płacz był mi słodki i zastąpił mego przyjaciela jako rozkosz duszy mojej.
Rozdział IV, 5
Caput IV, 5
A teraz, Panie, to już przeszło, a czas załagodził moją ranę. Czy nie mógłbyś mnie wysłuchać, ty, który prawdą jesteś, i pozwolić, abym ucho serca mego zbliżył do ust twoich: powiedz mi, czemu płacz jest słodki cierpiącym? Czy może ty, choć wszędzie jesteś, daleko odrzuciłeś od siebie nasze nieszczęście i pozostajesz w sobie, kiedy my przedzieramy się przez wyzwania? Ale jeśli nie słyszysz płaczu naszego, to nic z naszej nadziei nie zostaje. Dlaczego słodki jest owoc zerwany z goryczy świata: jęczeć i płakać i wzdychać i skarżyć się? Czy to jest słodkie, że many nadzieję, że nas wysłuchasz? Tak jest z modlitwami, bo one przecież pragną do ciebie dotrzeć. Czy to żal po stracie i żałoba pokrywały mnie wtedy? Bo nie miałem nadziei, że on ożyje i nie o to prosiłem, płacząc, ale po prostu cierpiałem i płakałem. Byłem nieszczęśliwy i opłakiwałem radość swoją. Czy może płacz jest gorzki, ale staje się przyjemny przez odrazę do wszystkiego, co nas wcześniej cieszyło, a teraz nas odrzuca?
Rozdział IV, 6
Caput IV, 6
Ale po co ja to mówię? To nie jest czas zastanawiania się, ale wyznawania tobie. Byłem nieszczęśliwy, jak nieszczęśliwy jest każdy umysł związany przyjaźnią z rzeczami śmiertelnymi, a gdy je utraci, rozdziera się na strzępy, i wtedy dopiero czuje nieszczęście, w którym tkwił jeszcze zanim je utracił. Taki ja wtedy byłem. Płakałem gorzko i odpoczywałem w goryczy.
Choć byłem tak nieszczęśliwy, droższe mi było moje mizerne życie niż ten mój przyjaciel. Bo choć chciałem je zmienić, to wolałem raczej stracić jego niż życie i wcale nie wiem, czy mógłbym za niego umrzeć, jak mówią o Orestesie i Pyladesie, jeśli to nie wymyślone, że byli gotowi umrzeć za siebie nawzajem albo umrzeć razem, bo woleli śmierć niż życie w pojedynkę. Ale ja czułem coś zupełnie przeciwnego, sam nie wiem co, ale życie ciążyło mi straszliwie, a śmierci się bałem. Myślę, że im bardziej go kochałem, tym bardziej nienawidziłem śmierci, która mi go wyrwała, i bałem się jej jak najgorszej nieprzyjaciółki, i czułem, że może nagle zabrać każdego człowieka, skoro mogła zabrać jego. Pamiętam, jak to mnie wtedy ogarnęło.
Oto serce moje, Boże mój, tu, w środku. Spójrz, co pamiętam, nadziejo moja, który oczyszczasz mnie od nieczystości takich uczuć, kierując oczy moje na ciebie i uwalniając z pęt moje nogi. Dziwiłem się, że inni ludzie żyją, choć ten, którego kochałem jakby był nieśmiertelny, umarł. I dziwiłem się, że ja sam żyję, kiedy on umarł, choć byłem jego drugą połową.
Dobrze ktoś nazwał przyjaciela "połową duszy" swojej. Bo ja czułem, że moja i jego dusza są jedną duszą w dwóch ciałach. I dlatego tak przerażało mnie życie, bo nie chciałem żyć przepołowiony. I dlatego jeszcze bardziej bałem się śmierci, żeby on cały nie umarł, którego tak bardzo kochałem.
Rozdział IV, 7
Caput IV, 7
O, co za szaleństwo - nie umieć kochać ludzi po ludzku! O, co za głupota - cierpieć bez miary z powodu tego, co ludzkie! Ja taki byłem. Płonąłem, wzdychałem, płakałem, rzucałem się, ani odpoczynku nie było ani żadnej decyzji. Bo nosiłem duszę moją, zabitą i skrwawioną, a ona nie mogła znieść tego, że ją noszę, ale ja nie wiedziałem, gdzie ją położyć. Nie mogła znaleźć spoczynku ani w przyjemnych gajach, ani w rozrywkach i śpiewach, ani w miejscach pięknie pachnących, ani w przygotowanych ucztach, ani w przyjemnościach sypialni, ani nawet w książkach i pieśniach. Wszystko ją odrzucało, nawet samo światło, a wszystko, co nie było nim, było paskudne i nienawistne, oprócz jęków i łez, bo tylko w nich znajdowała trochę spoczynku. A kiedy coś duszę moją od płaczu odciągało, ciążyło mi strasznie brzemię nieszczęścia.
Do ciebie, Panie, powinienem był ją podnieść i zająłbyś się nią. Wiedziałem to, ale ani tego nie chciałem, ani nie miałem siły, zwłaszcza że kiedy o tobie myślałem, nie byłeś dla mnie czymś stałym i trwałym - bo to nie byłeś ty, ale pusty wytwór wyobraźni. Bóg mój był błądzeniem moim. Kiedy próbowałem ją tam złożyć, żeby odpoczęła, zsuwała się przez pustkę i znów mnie przygniatała, a ja wciąż byłem dla siebie miejscem nieszczęśliwym, gdzie ani nie mogłem być, ani stamtąd odejść. Bo gdzie serce moje miało uciec od serca mojego? Gdzie miałem uciec od siebie? Gdzie bym za sobą nie poszedł? A jednak z mojego miasta uciekłem. Bo mniej moje oczy szukały go tam, gdzie nie zwykły go widzieć. Z Tagasty przybyłem do Kartaginy.
Rozdział IV, 8
Caput IV, 8
Czas nie jest pusty i nie kręci się bez celu, ale przez zmysły nasze czyni w duszy dziwne dzieła. Oto przychodził i odchodził z dnia na dzień, a przychodząc i odchodząc wszczepił we mnie inne nadzieje i inne wspomnienia, i stopniowo załatał mnie dawnymi przyjemnościami, którym poddał się mój ból. Ale nastąpiły może nie inne cierpienia, ale jednak przyczyny innych cierpień. Dlaczego tak łatwo i tak głęboko, do samego wnętrza przebił mnie ten ból? Bo moja dusza wylała się jak krew w piach, bo pokochałem kogoś śmiertelnego, jakby nigdy nie miał umrzeć.
Oczywiście najbardziej mnie pocieszało i odnawiało towarzystwo innych przyjaciół, z którymi wspólnie kochałem to, co kochałem zamiast ciebie, a to była kompletna bujda i grube kłamstwo, które psuło nas, łaskocząc w zaczerwienione z emocji uszy. A ta bujda nie umierała wraz ze śmiercią któregoś z moich przyjaciół. Zresztą inne rzeczy bardziej nas zajmowały: wspólne rozmowy i śmiechy, wzajemna dobroć, wspólne czytanie słodkobrzmiących książek, wspólne wygłupy i powaga, czasem spieranie się bez nienawiści, jakby człowiek z samym sobą się spierał, a po tych rzadkich kłótniach - częste zawieranie pokoju, uczenie czegoś siebie nawzajem albo uczenie się od siebie nawzajem, tęsknota za nieobecnymi, radosne przyjmowanie przybywających: przez takie i podobne znaki z serca kochającego i odwzajemniającego miłość, pochodzące z ust, języka, oczu, i z tysiąca miłych gestów, rozpala się przyjaźń w duszach i z wielu czyli jedno.
Rozdział IV, 9
Caput IV, 9
To właśnie kocha się w przyjaciołach i to tak się kocha, że ma się wyrzuty sumienia, jeśli nie kocha się tego, kto już nam odpowiedział wzajemnością albo nie kocha się wzajemnie tego, kto nas pokochał. I niczego nie oczekujemy od ciała przyjaciela, jak tylko tych znaków życzliwości. Stąd ta żałoba, gdy ktoś umiera i ciemności bólu i serce przesiąknięte słodyczą zmienioną w gorycz i śmierć żyjących przez to, że umarli życie stracili.
Szczęśliwy ten, kto kocha ciebie i przyjaciela w tobie, a nieprzyjaciela - ze względu na ciebie. Tylko on nie utraci nikogo ukochanego, bo wszystkich ukochał w tym, którego nie da się utracić. A kimże on jest jeśli nie tobą, Boże nasz, Boże, który stworzyłeś niebo i ziemię i je napełniasz, bo napełniając je stwarzasz? Ciebie nikt nie utraci, chyba że cię porzuci, a nawet wtedy - dokądże ucieka, jeśli nie od ciebie łaskawego do ciebie zagniewanego? Bo gdzieżby nie znalazł prawa twojego w karze swojej? A prawo twoje - prawda. A prawda - ty.
Rozdział IV, 10
Caput IV, 10
Boże zastępów, nawróćże nas i pokaż twarz swoją, a będziemy zbawieni. Bo gdziekolwiek by się zwróciła dusza człowieka, wszędzie poza tobą przytwierdza się do bólu, nawet jeśli przytwierdza się do czegoś pięknego poza tobą i poza sobą samą. A te rzeczy przecież byłyby niczym, gdyby nie były z ciebie. One wschodzą i zachodzą, a kiedy wschodzą, to zaczynają żyć i rosną, żeby się doskonalić, a kiedy są doskonałe - starzeją się i giną. Nie wszystko się starzeje, ale wszystko ginie.11 A kiedy wschodzą i zaczynają żyć, to im szybciej rosną, żeby być, tym bardziej spieszą się, żeby już nie być. Taka jest ich natura. Dałeś im ją, bo są częściami rzeczy, które nie istnieją wszystkie na raz, ale wszystkie schodząc i wstępując tworzą całość, której są częściami. (Podobnie nasza mowa jest niesiona przez znaki dźwiękowe. Nie byłoby kompletnej wypowiedzi, gdyby jedno słowo nie ustępowałoby, gdy wybrzmiały jego części, aby zastąpiło je kolejne).
Niech moja dusza wysławia cię w nich, Boże, stwórco wszystkiego, ale niech nie przytwierdza się do nich klejem miłości przez zmysły cielesne. Idą bowiem tam, gdzie mają iść, ku nieistnieniu, i rozdzierają duszę parszywymi żądzami, bo ona chce być i kocha spoczywać w tym, co kocha. Ale w nich nie może spocząć, bo one nie stoją: uciekają, a kto je doścignie zmysłami cielesnymi? Albo kto je pojmie, nawet kiedy są obecne? Bo zmysły ciała są powolne, ponieważ są zmysłami ciała: taka jest ich natura. Wystarczają do tego, co czego zostały stworzone, ale nie wystarczają, żeby zatrzymać to, co przechodzi od swojego właściwego początku aż do właściwego końca, bo słyszy słowo twoje, które je stworzyło: "stąd dotąd".
Rozdział IV, 11
Caput IV, 11
Nie bądź pusta, duszo moja, nie ogłuszaj uszu serca swego hałasem swojej pustki. Słuchajże: samo Słowo woła do ciebie, żebyś wróciła, a tu jest miejsce niezmąconego spoczynku, gdzie miłość nie zostanie porzucona, jeśli sama nie porzuci. Oto jedne rzeczy odchodzą a inne nadchodzą, a nawet najniższa całość stoi częściami swoimi. "Czy ja dokądś odchodzę?" - mówi Słowo Boże. Tu przytwierdź dom swój, duszo moja, zmęczona kłamstwami. Powierz prawdzie cokolwiek jest w tobie z prawdy, a nic nie stracisz. To, co w tobie zgniło - rozkwitnie, i wyleczą się wszystkie twoje słabości, a to, co w tobie płynne uformuje się na nowo i odnowi się i utwierdzi w tobie. I nie pociągnie cię tam, gdzie samo schodzi, ale będzie stać z tobą i będzie trwać przy Bogu zawsze stojącym i trwającym.
Dlaczego, skrzywiona, idziesz za swoim ciałem? To ono ma się naprostować i iść za tobą. Cokolwiek przez nie czujesz, jest tylko częściowe, a choć nie znasz całości, której te rzeczy są częścią, to podobają ci się. Ale gdyby zmysły twojego ciała nadawały się do objęcia wszystkiego i gdyby ono nie przyjmowało sprawiedliwej kary w części całości , to chciałabyś, żeby przeminęło to, co istnieje teraz, aby bardziej cieszyć się wszystkim. Bo słyszysz to, co mówimy właśnie tym zmysłem cielesnym i nie chcesz, żeby sylaby stały w miejscu, ale żeby przefruwały, a po nich przyszły następne, żebyś usłyszała całość. Tak jest zawsze z rzeczami, które są złożone z części (i których części składowe nie istnieją jednocześnie): całość sprawia większą przyjemność niż poszczególne części, jeśli da się poczuć całość. Ale o wiele lepszy od niej jest ten, który to wszystko stworzył, a on jest naszym Bogiem i nie odchodzi, bo nie ma żadnego następcy.
Rozdział IV, 12
Caput IV, 12
Jeśli ci się podobają ciała, chwal w nich Boga i zwróć miłość z powrotem do Artysty, który je stworzył, abyś nie stała się niemiła przez to, co tobie miłe. Jeśli ci się podobają dusze, kochaj je w Bogu, bo i one są zmienne, a w nim stają się trwałe: inaczej idą i giną. W nim więc je kochaj, i porwij z tobą tych, których możesz i powiedz im: "Jego kochajmy: on sam to wszystko uczynił, a nie jest daleko". To nie jest przecież tak, że uczynił i zostawił, ale rzeczy są z niego i w nim. Oto gdzie on jest, gdzie smakuje prawda: najbliżej w sercu jest, ale serce odeszło od niego i błądziło. Wracajcie, przestępcy, do serca i przylgnijcie do tego, który was uczynił. Stójcie z nim, a stać będziecie, spoczywajcie w nim, a będziecie spokojni. Gdzie idziecie przez chaszcze? Gdzie idziecie? Dobro, które kochacie, od niego pochodzi: a o ile od niego pochodzi, jest dobre i słodkie, ale sprawiedliwie stanie się gorzkie, bo niesprawiedliwie je kochacie opuściwszy to wszystko, co od niego pochodzi. Dokąd to idziecie dalej i dalej, po drogach trudnych i męczących? Nie ma spoczynku tam, gdzie go szukacie. Szukajcie jak chcecie, ale nie ma go tam, gdzie szukacie. Szukacie szczęśliwego życia w krainie śmierci: nie ma go tam. Jak może być życie szczęśliwe tam, gdzie nie ma życia?
Wziął śmierć naszą i zabił ją obfitością życia swojego i zagrzmiał, wołając, żebyśmy wrócili stąd do niego, do tego tajemnego miejsca, z którego przyszedł do nas, w tym pierwszym dziewiczym łonie, gdzie poślubił ludzką naturę, ciało śmiertelne, aby nie zawsze było śmiertelne. A tam rozradował się jak oblubieniec wychodzący z komnaty weselnej, jak olbrzym, co ma przebiec drogę. Nie spóźniał się przecież, ale biegł wołając, czyniąc, umierając, żyjąc, zstępując, wstępując - wołał, żebyśmy wrócili do niego: i zniknął nam z oczu, żebyśmy do niego wrócili. I zniknął nam z oczu, żebyśmy wrócili do serca i znaleźli go. Odszedł, a przecież tu jest. Nie chciał być z nami długo, ale nas nie zostawił. Odszedł tam, skąd nigdy nie odchodził, bo świat stworzył, i w był w tym świecie i przyszedł na ten świat, żeby zbawić grzeszników. Jemu wyznaje i zawierza dusza moja i uzdrawia ją, bo zgrzeszyła przeciwko niemu. Synowie ludzcy, pókiż ciężkiego serca? Czyż po zstąpieniu Życia nie chcecie wstąpić i żyć? Ale dokąd wstąpicie, kiedyście w górę wynieśli i w niebo podnosicie usta swoje? Zstąpcie, aby wstąpić, a wstąpicie do Boga. Spadliście bowiem wstępując przeciwko Bogu. Powiedz im, żeby płakali w dolinie płaczu i tak porwij ich ze sobą do Boga, bo z Ducha jego im to mówisz, gdy mówisz płonąc ogniem miłości.
Rozdział IV, 13
Caput IV, 13
Wtedy tego nie wiedziałem i kochałem piękne rzeczy niższe i szedłem w otchłań i mówiłem przyjaciołom moim: "coż więc kochamy jeśli nie piękno?" A co jest piękne? I czym jest piękno? Co to jest, co nas pociąga i przywiązuje do rzeczy, które kochamy? Przecież jeśli nie byłoby w nich wdzięku i urody, to w żaden sposób nie przyciągałyby nas do siebie". Zastanawiałem się nad tym i zauważyłem, że niektóre ciała są jakby całością i dlatego są piękne, a inne podobają się dlatego, że zawierają dobrą proporcję do czegoś innego, na przykład część ciała w stosunku do całości albo but w stosunku do stopy i tak dalej. A te rozważania buzowały w moim umyśle i głębi serca mojego i napisałem książkę "O pięknie i proporcji" - chyba w dwóch czy trzech częściach: ty wiesz, Boże, bo mnie to uciekło. Ale jej nie mamy, gdzieś sobie powędrowała od nas, nie wiem jakim sposobem.
Rozdział IV, 14
Caput IV, 14
Ale co sprawiło, Panie Boże mój, że zadedykowałem tę książkę Hieriuszowi, oratorowi miejskiemu w Rzymie? Nie znałem go osobiście, ale kochałem człowieka przez sławę jego nauki, która świeciła jasno, a te jego słowa, które słyszałem, podobały mi się. Ale bardziej dlatego, że podobał się innym i chwalili go, zadziwieni, że z Syryjczyka, najpierw eksperta w sztuce greckiej wymowy, stał się potem cudownym retorem łacińskim i był szalenie biegły w sprawach studiów mądrości. Dlatego mi się podobał.
Chwalą człowieka i kocha się go, choć jest nieobecny. Czy to dlatego, że z ust chwalącego miłość ta przechodzi do serca słuchacza? Bynajmniej. Raczej jeden człowiek zajmuje się płomieniem miłości od drugiego. Bo kocha się tego, kogo chwalą wtedy, kiedy wierzy się, że pochwała nie pochodzi z kłamliwego serca, ale że naprawdę kocha ten, kto chwali.
Tak wtedy kochałem ludzi na podstawie osądu innych ludzi, a nie twojego, Boże mój, na którym nikt się nie zawiedzie. Ale nie kochałem go jak zawodnika w wyścigach rydwanów, jak gladiatora, którego uwielbiają tłumy, ale zupełnie inaczej i poważniej, tak, jak ja sam chciałbym, aby mnie chwalono. Bo nie chciałbym, żeby mnie chwalono i kochano jak aktorów, chociaż sam ich chwaliłem i kochałem, ale wolałbym się raczej schować niż być znany w taki sposób, a nawet wolałbym, żeby mnie nienawidzili, niż tak kochali.
Jak rozkłada się waga tych rozmaitych i zróżnicowanych miłości w jednej duszy? Co to jest, co kocham w drugim człowieku? A z kolei gdybym ja miał te same cechy - jak to jest, że nienawidziłbym ich i je odrzucał, choć obaj jesteśmy ludźmi? Bo chyba nie kocham drugiego jak dobrego konia, którym przecież nie chciałbym się stać, nawet gdybym mógł. Ale to samo mogę powiedzieć o aktorze, choć przecież aktor jest moim towarzyszem w naturze ludzkiej. Czy więc kocham u innych to, co nienawidzę sam u siebie, skoro też jestem człowiekiem? Ten człowiek jest olbrzymią otchłanią, a jednak policzyłeś włosy na jego głowie, Panie, i nie żaden z nich nie zginie u ciebie. Ale łatwiej policzyć włosy niż uczucia człowieka i poruszenia jego serca.
Ale ów retor należał do takiego rodzaju ludzi, jakim sam chciałbym się stać. I błąkałem się w zarozumiałości i kręcił mną każdy powiew, a ty rządziłeś mną nazbyt sekretnie. A skąd to wiem i dlaczego z pewnością mogę ci wyznać, że kochałem w nim bardziej samą miłość, którą darzyli go ludzie niż te rzeczy, za które go chwalili? Dlatego, że gdyby ci sami ludzie nie chwalili go, ale mówili o nim z niechęcią i obwiniali go, to nie zająłbym się tym płomieniem i nie ekscytował, a przecież z pewnością rzeczy miałyby się tak samo i sam człowiek nie byłby inny, ale zmieniłyby się tylko uczucia ludzi opowiadających o nim. Oto gdzie siedzi dusza słaba, jeszcze nie trzymająca się stabilnej prawdy: jak powiewy języków powieją z piersi ludzi, który coś tam uważają, tak ją nosi i odwraca, skręca i odkręca, i zachmurzone jest jej światło i nie rozróżnia prawdy, choć oto jest prawda przed nami. I bardzo wiele by dla mnie znaczyło, gdyby ów Hieriusz zauważył moją wypowiedź i moje studium, a gdyby je pochwalił, szalałbym z radości. Ale gdyby je zganił, zraniłoby to moje serce próżne i pozbawione twojej stabilności. Jednak tematem piękna i proporcji, o którym do niego pisałem, zajmowałem się z przyjemnością i rozważałem go z zachwytem nawet gdy nikt mnie za to nie chwalił.
Rozdział IV, 15
Caput IV, 15
Ale nie widziałem jeszcze sedna tych spraw w dziele sztuki twojej, Wszechmocny, który sam tworzysz cuda, ale mój umysł szedł przez formy cielesne i definiowałem i rozróżniałem piękno jako coś, co zachwyca samo w sobie, a proporcję jako coś, co zachwyca przez stosunek do czegoś innego, i używałem przykładów rzeczy cielesnych.
I zwróciłem się w stronę natury umysłu, ale fałszywa opinia, którą miałem o rzeczach duchowych nie pozwoliła mi rozpoznać prawdy. A choć prawda rzucała się w oczy, odwróciłem mój kołaczący się umysł od rzeczy niecielesnych w stronę linii i kolorów i napuchniętych rozciągłości, a ponieważ nie mogłem zobaczyć ich w umyśle, uważałem, że nie mogę widzieć umysłu.
A że w cnocie kochałem pokój, a w nieprawości nienawidziłem niezgody, uznałem, że cnota jest jednością, a nieprawość - podziałem. I widziałem w tej jedności umysł racjonalny i naturę prawdy i najwyższego dobra, a w tamtym podziale widziałem, biedak, nie tylko substancję życia nieracjonalnego ale też jakąś tam substancję i naturę najwyższego zła, która nie tylko miała być substancją, ale także życiem, nie pochodzącym jednak od ciebie, Boże mój, od którego wszystko pochodzi. Sam nie wiedziałem co mówię: tę pierwszą nazywałem monadą i uważałem za umysł bez żadnej płci, tę drugą nazywałem diadą i uważałem, że jest gniewem w zbrodniach i pożądliwością w przestępstwach. Nie wiedziałem i nie nauczyłem się, że żadna substancja nie jest zła, ani że ten nasz umysł jest najwyższym i niezmiennym dobrem.
Zbrodnie są wtedy, kiedy to poruszenie umysłu, w którym jest impet, jest nieprawe i umysł rzuca się dziwnie i bezładnie. Przestępstwa - jeśli ten afekt duszy, który wypuszcza pożądliwości cielesne, jest nieumiarkowany. Podobnie błędy i fałszywe opinie zatruwają życie, jeśli sam umysł rozumny jest nieprawy, tak jak było wtedy w moim przypadku, bo nie wiedziałem, że oświecić go musi inne światło, aby stał się uczestnikiem prawdy, bo nie jest samą naturą prawdy, którą ty rozświetlasz latarnię moją, Panie. Boże mój, oświecisz ciemności moje i z twojej pełni wszyscyśmy otrzymali. Bo ty jesteś światłością każdego człowieka, gdy na ten świat przychodzi, a w tobie nie ma ani zmiany ani chwilowego zaćmienia.
Starałem się do ciebie dotrzeć, ale ty mnie odrzucałeś, żebym poczuł smak śmierci, bo pysznym się sprzeciwiasz. A co może być większą pychą niż twierdzić w dziwnym obłędzie, że jest się z natury tym samym, czym ty jesteś? Bo było dla mnie jasne, że ja sam jestem zmienny, skoro chciałem stać się mądry, a zatem z gorszego zmienić się na lepsze, ale mimo to wolałem myśleć, że ty także jesteś zmienny niż przyznać, że nie jestem tym, czym ty jesteś.
Dlatego sprzeciwiłeś się i odrzuciłeś mój pusty łeb, w którym wiatr hulał, i który wyobrażał sobie formy cielesne i oskarżał ciało, choć sam był ciałem i wiatrem wiejącym a nie wracającym się do ciebie. Chodziłem i trafiałem na to, czego nie ma - ani w tobie, ani we mnie, ani w ciele. Na to, czego wcale nie stworzyła dla mnie prawda twoja, ale marność moja wydumała na podstawie ciała.
I mówiłem prostym wiernym twoim, moim współobywatelom, z grona których nieświadomie byłem wygnany, mówiłem im ja, gaduła i głupek: "Czemu błądzi dusza, skoro Bóg ją stworzył?". Ale nie podobało mi się, gdy mi odpowiadali: "Jak sam Bóg może błądzić?" Wolałem raczej upierać się, że twoja niezmienna substancja jest zmuszona błądzić niż wyznać, że moja zmienna substancja wykrzywiła się i błądzi za karę.
Miałem wtedy jakieś dwadzieścia sześć albo siedem lat, kiedy napisałem tę książkę. Kręciły się we mnie cielesne wymysły i odbijały się echem w uszach mojego serca, które chciałem nastawić, o słodka Prawdo, na wewnętrzną melodię twoją, gdy myślałem o pięknie i proporcji i chciałem stać i słuchać ciebie i cieszyć się radością na głos oblubieńca, ale nie mogłem, bo głosy błędów moich porywały mnie na zewnątrz i spadałem nisko, obciążony moją pychą. Bo nie dałeś mi słyszeć radości i wesela ani nie rozradowały się kości, bo się nie ukorzyły.
Rozdział IV, 16
Caput IV, 16
I co mi przyszło z tego, że mając lat ledwie dwadzieścia sam przeczytałem i zrozumiałem pewną książkę arystotelesowską, która akurat wpadła mi w ręce, a którą zwą "Dziesięć Kategorii"? (wspominając o niej, mój nauczyciel, retor Kartaginy, a i inni, którzy uchodzili za uczonych, tak wydymali policzki, że spodziewałem się czegoś nie wiedzieć jak wielkiego i boskiego.) Rozmawiałem o niej z tymi, którzy sami twierdzili, że ledwie ją zrozumieli, nawet z najmądrzejszymi mistrzami, którzy nie tylko o "Kategoriach" mówili, ale też rysowali dużo na piasku, ale nie potrafili mi powiedzieć nic ponadto, co zrozumiałem czytając to sobie sam.
Było tam wyłożone dość jasno, jak uważałem, o substancjach, takich jak dajmy na to człowiek, i co w nich jest, na przykład jaka jest postać człowieka, jaki jest, jakie są odnoszące się do niego ilości, ina przykład ile ma stóp wzrostu, i jego pokrewieństwa, czyim jest bratem, albo gdzie mieszka, kiedy się urodził, czy stoi czy siedzi, czy ma buty albo broń, albo czy coś robi albo coś cierpi, i cokolwiek innego tego rodzaju - wszystko to da się przypisać do jednej z tych dziewięciu kategorii, których przykłady tu przytoczyłem, a oprócz nich jest jeszcze kategoria substancji, w której nie da się wyróżnić policzalnych cech.12
Czy więc mi to wyszło mi to na dobre? Nie, raczej mi zaszkodziło, bo próbowałem rozumieć ciebie, Boże mój, cudownie prosty i niezmienny, myśląc, że wszystko co istnieje da się w całości zawrzeć w tych dziesięciu kategoriach. Tak jakby o tobie można było powiedzieć, że twoja substancja jest podstawą twojej wielkości albo twojego piękna, jakby te cechy istniały w tobie tak jak istnieją w ciele, gdy tymczasem twoja wielkość i twoje piękno są tobą samym, ciało zaś nie dlatego jest wielkie i piękne, że jest ciałem. Bo czy gdyby było mniej wielkie lub piękne, to czy byłoby w mniejszym stopniu ciałem?
To był fałsz, nie prawda, co myślałem o tobie, i wymysły mojej biedy, nie podstawa twojego szczęścia. Zdecydowałeś bowiem, i tak mi się stało, że ziemia rodziła mi ciernie i osty, i w mozole chleb swój zdobywałem.
I co mi przyszło z tego, że kiedy byłem sługą najgorszych namiętności, sam przeczytałem i zrozumiałem wszystkie, jakie tylko mogłem, książki o sztukach, które zwą wyzwolonymi? I cieszyłem się nimi nie wiedząc, skąd pochodzi wszystko, co jest w nich prawdziwego i pewnego. Stałem plecami do światła, a twarzą do tego, co było oświetlone, dlatego moja twarz, o której myślałem, że jest oświetlona, w rzeczywistości była w cieniu.
Co pojąłem sam, bez wielkiej trudności i bez pomocy żadnego człowieka, ze sztuki wymowy i rozumowania, z wiedzy o wymiarach figur, i z muzyki, i nauki o liczbach - ty sam wiesz, Panie Boże mój, bo bystrość umysłu i zdolność obserwacji są twoimi darami. (Ale nie złożyłem z nich tobie ofiary; zresztą mnie samemu te dary przynosiły więcej szkody niż pożytku, bo dostałem solidną część swojego majątku w moją moc i władanie, nie ustrzegłem ich dla ciebie, ale odszedłem do dalekiego kraju i roztrwoniłem mój majątek z nierządnicami.)
Bo co mi przyszło z dobrej rzeczy, kiedy nie używałem jej dobrze? W ogóle nie czułem, że te sztuki są bardzo trudne do zrozumienia, nawet przez pilnych i zdolnych studentów. Widziałem to dopiero kiedy próbowałem coś tłumaczyć wspólnie z nimi i ten był najlepszy spośród nich, który jakoś nadążał za moim wyjaśnieniem.
I co mi przyszło z tego, Panie Boże, Prawdo, że uważałem ciebie za ciało świetliste i olbrzymie, a siebie za cząstkę tego ciała? Ależ to wykrzywione! Ale taki byłem i nie wstydzę się, Boże mój, powierzać się twojemu miłosierdziu i wzywać ciebie, bo wtedy nie wstydziłem się opowiadać ludziom moje bluźnierstwa i szczekać przeciwko tobie.
I co mi przyszło z rozumu biegłego w tych naukach, który bez pomocy ludzkiego nauczyciela rozwikłał tyle zawikłanych książek? Skoro w nauce pobożności błądziłem paskudnie i bluźnierczo? I w czym dużo gorszy rozum przeszkodził twoim dziecinkom, które niedaleko od ciebie odeszły, ale bezpiecznie się opierzały w gnieździe twojego Kościoła i wzmacniały skrzydła miłości pokarmem prawdziwej wiary?
O Panie Boże nasz, w cieniu skrzydeł twoich pokładać chcemy nadzieję, a ty chroń nas i nieś nas. Poniesiesz i dziecinki i starców ty poniesiesz, bo moc nasza jest mocą tylko gdy jest tobą, a gdy jest nasza - jest niemocą. Żyje u ciebie zawsze dobro nasze, ale że zwróciliśmy się wewnątrz, wykrzywiliśmy się. Niechaj wrócimy, Panie, żebyśmy się nie przewrócili, bo żyje u ciebie dobro nasze bez żadnej szkody, a ty sam nim jesteś. I nie boimy się, że nie będziemy mieć dokąd wrócić, choć stamtąd wypadliśmy. Pod naszą nieobecność nie rozpadł się dom nasz, wieczność twoja.
Księga V
Liber V
Rozdział V, 1
Caput V, 1
Przyjmij ofiarę wyznań moich z rąk języka mego (który ukształtowałeś i obudziłeś, aby wyznawał imieniu twemu), i uzdrów wszystkie kości moje i niech mówią: "Panie, któż podobny tobie?" Ten, kto wyznaje tobie, nie poucza cię o tym, co się w nim dzieje, bo oko twoje nie omija serca zamkniętego ani ręka twoja nie cofa się przed twardymi ludźmi, ale roztapia co zechce: albo zmiłowaniem albo pomstą, i nie ma nikogo, kto by się ukrył przed żarem twoim.
Ciebie niech chwali dusza moja, bym kochał ciebie, i niechaj wyznaje tobie twoje zmiłowanie, bym cię chwalił. Nie ustają i nie milkną wszystkie stworzenia twoje, istoty żywe i cielesne i każdy duch z ustami zwróconymi ku tobie, w uwielbianiu ciebie przez usta tych, co rozważają stworzenie, aby nasza wyczerpana dusza powstała, wspierając się na tym, co stworzyłeś i przechodząc do ciebie, który stworzyłeś to tak cudownie. A tu jest odświeżenie i prawdziwa siła.
Rozdział V, 2
Niech idą i uciekają od ciebie niespokojni złoczyńcy. Ty widzisz ich i rozpraszasz cienie, i oto wszystko jest piękne z nimi, a oni sami są brzydcy. I jakże szkodzą tobie? Albo w czym obrazili rządy twoje, które są sprawiedliwe i pełne od nieba aż po krańce ziemi?
Dokąd uciekną ci, co uciekają od oblicza twojego? Albo gdzie ich nie znajdziesz? Ale uciekają, żeby nie widzieć, że ty ich widzisz, a że są oślepieni, mogą wpaść na ciebie, bo nie porzuciłeś niczego, co stworzyłeś. Na ciebie wpadają niesprawiedliwi i sprawiedliwie się męczą przez to, że cofnęli się przed łagodnością twoją, a wpadli na stanowczość twoją i upadają na twoich wybojach. Najwyraźniej nie wiedzą, że ty wszędzie jesteś, a żadne miejsce cię nie ogarnia, i tylko ty jeden jesteś obecny nawet przy tych, którzy są daleko od ciebie.
Niech się więc nawrócą i niech ciebie szukają, bo nie jesteś taki jak oni, którzy porzucili Stwórcę swego: ty ich nie porzuciłeś. Niech się nawrócą. I oto tu jesteś, w ich sercu, w sercu tych, co zawierzają tobie i rzucają się do ciebie i płaczą w twoich objęciach po trudnej drodze swojej. Ty łatwo ocierasz ich łzy, a oni płaczą jeszcze bardziej i cieszą się wśród łez, bo ty, Panie, nie jakiś człowiek, ciało i krew, ale ty, Panie, który ich stworzyłeś, ty sam ich odnowiłeś i pocieszyłeś.
A gdzie ja byłem, gdy ciebie szukałem? Ty byłeś przede mną, ale ja odszedłem od siebie i nie mogłem sam siebie odnaleźć, a co dopiero ciebie.
Rozdział V, 3
Caput V, 3
Niechaj opowiem przed obliczem Boga mojego o moim dwudziestym dziewiątym roku życia. Przybył wtedy do Kartaginy pewien biskup manichejski imieniem Faustus. Był on pułapką diabelską i wielu ludzi, zwabionych przynętą jego słodkich słów, złapało się w tę pułapkę. Ja także chwaliłem jego słowa, ale jednak rozróżniałem je od prawdziwości samych rzeczy, których bardzo chciałem się dowiedzieć i zwracałem uwagę nie na naczynie wymowy, ale na pokarm wiedzy, jaki zamierzał podać mi ów sławny wśród manichejczyków Faustus. Słyszałem już wcześniej, że miał być szalenie uczony we wszystkich naukach, a szczególnie w sztukach wyzwolonych.
A że czytałem dużo filozofów i zachowywałem to w pamięci, porównywałem ich twierdzenia z tymi długimi bajkami manichejczyków i zdawało mi się, że twierdzenia filozofów są bardziej prawdopodobne, bo ci, którzy je wygłaszali byli na tyle zdolni, że opisywali realny świat, choć jego Pana wcale nie odnaleźli. Bo wysoki jesteś, Panie, i na niskich spoglądasz, a wyniosłych z daleka poznajesz, i przybliżasz się tylko do skruszonych w sercu i nie znajdą cię zarozumialcy, nawet jeśli potrafią z dziwną biegłością liczyć gwiazdy i ziarnka piasku i mierzyć konstelacje i śledzić szlaki planet.
Odkryli i przewidzieli na wiele lat naprzód zaćmienia słońca i księżyca, którego dnia i o której godzinie, i w jakim stopniu nastąpią, a obliczenia ich nie zawiodły. I stało się tak, jak przepowiedzieli, więc zapisali zasady swoich badań, które odczytujemy dzisiaj i na ich podstawie możemy przewidzieć którego roku, którego dnia i o której godzinie nastąpi zaćmienie słońca albo księżyca i czy będzie częściowe czy pełne: i tak się stanie jak przewidujemy.
Ludzie, którzy się na tym nie znają zachwycają się i dziwią i wysławiają i chwalą tych, którzy się znają. Ci z kolei przez bezbożne zarozumialstwo odchodzą od ciebie i zaćmiewa się w nich światłość twoja i choć potrafią przewidzieć przyszłe zaćmienie słońca, nie potrafią teraz zobaczyć własnego zaćmienia (bo nie szukają pobożnie źródła swoich zdolności, dzięki którym te sprawy badają). A odkrywszy, że ty ich stworzyłeś nie oddają się tobie, abyś zachował to, co stworzyłeś, i zabijają się sami w oczach twoich jakby sami siebie stworzyli. A powinni zarżnąć wyniosłość swoją jakby ptaki, i ciekawość swoją jakby ryby morskie przemierzające tajemne ścieżki otchłani, i swoje kaprysy jak bydło polne, żebyś ty, Boże, pochłonął ich troski śmiertelne i odrodził ich dla nieśmiertelności.
Ale nie poznali drogi, Słowa twojego, przez które stworzyłeś to, co liczą i ich samych, którzy liczą, i zmysły, dzięki którym rozpoznają, co mają liczyć, i umysł, który liczy: a mądrości twojej nie da się policzyć. Ten Jednorodzony stał się dla nas mądrością i sprawiedliwością i uświęceniem i policzony jest między nas i płacił daninę Cezarowi. Nie znają tej drogi, którą mogliby zejść do niego z siebie samych i przez niego wejść do niego. Nie znają tej drogi i myślą, że są wywyższeni wśród gwiazd i świateł, a tymczasem są zrujnowani na ziemi i zaciemnione jest ich głupie serce. A choć mówią wiele rzeczy prawdziwych o stworzeniu, to samej Prawdy, Artysty, który je stworzył, nie szukają pobożnie i dlatego go nie znajdują, a jeżeli znajdują, to nawet rozpoznając Boga nie oddają mu czci jako Bogu i nie dziękują, ale marnieją w swoich rozważaniach i mówią, że są mądrzy przypisując sobie to, co należy do ciebie. W ten sposób wysilają się w nienormalnej ślepocie żeby przypisać tobie także to, co należy do nich, to znaczy kłamstwa - tobie, który jesteś Prawdą. Zamieniają chwałę niezniszczalnego Boga na podobieństwo obrazu zniszczalnego człowieka, oraz ptaków i czworonożnych zwierząt i węży, i zmieniają twoją prawdę w kłamstwo i oddają cześć stworzeniu i służą mu zamiast Stworzycielowi.
Wiele jednak zachowałem w pamięci z tego, co prawdziwego mówili o stworzeniu i widziałem, że to ma sens dzięki obliczeniom i porządkowi czasu i widzialnemu świadectwu gwiazd. Porównywałem to z wypowiedziami Maniego, który wiele na ten temat pisał (straszliwych bredni) i nie zdawało mi się, że jego wypowiedzi mają sens - ani na temat równonocy, ani przesileń zimowych i letnich, ani zaćmień słońca i księżyca, ani niczego, o czym czytałem w książkach o świeckiej mądrości. Jednak kazano mi w nie wierzyć, choć nie zgadzały się ani z obliczeniami ani z moimi obserwacjami - były od nich bardzo różne.
Rozdział V, 4
Caput V, 4
Czy trzeba, Panie, Boże prawdy, znać się na tym wszystkim, żeby się tobie podobać? Raczej nieszczęśliwy jest człowiek, który zna to wszystko, a ciebie nie zna. Szcześliwy zaś ten, który ciebie zna, nawet jeśli na tamtych sprawach się nie zna. Jeżeli ktoś zna i ciebie i te sprawy, nie jest szczęśliwy dzięki nim, lecz tylko dzięki tobie, jeśli rozpoznaje ciebie i chwali cię i dziękuje ci, a nie zmarnieje w swoich rozważaniach.
Podobnie lepiej jest wiedzieć, że posiada się drzewo i dziękować tobie, że można mieć z niego pożytek, choćby się nie wiedziało, ile ma wysokości i jak szeroko się rozciąga, niż zmierzyć je całe i policzyć wszystkie jego gałęzie a nie posiadać go ani stwórcy jego nie znać i nie kochać. W ten sposób człowiek wierny, dla którego cały świat jest bogactwem i który wszystko posiada jako twoje dziedzictwo, a jakby nic nie posiadał. Tobie służy wszystko. Nawet żeby nie znał obrotów Wielkiej Niedźwiedzicy, to byłoby głupotą wątpić, że pod każdym względem lepiej jest być tym wiernym człowiekiem niż tym, który mierzy niebo i liczy gwiazdy i waży żywioły, ale lekceważy ciebie, coś rozporządził wszystko według miary, liczby i wagi.
Rozdział V, 5
Caput V, 5
Bo kto potrzebował, żeby jakiś tam Mani pisał o tych sprawach, bez studiowania których można się świetnie wyuczyć pobożności? Powiedziałeś ludziom: "Oto pobożność jest mądrością". A w niej byłby Mani raczej ignorantem, nawet gdyby znał się świetnie na tamtych sprawach. Ale nie znał się na nich, a bezczelnie śmiał ich nauczać, więc jasne jest, że pobożność także była mu obca. Bezsensem jest wymądrzanie się, choćby się miało wiedzę, a pobożnością - zawierzanie tobie. Z tego, że mówił wiele i bez sensu o tych sprawach, mogą ci, którzy się naprawdę na nich znają wnioskować, na ile on się orientuje w głębszych tematach.
Uważał się za kogoś niemałego, bo za samego Ducha Świętego, Pocieszyciela, który wzbogaca twoich wiernych. Próbował przekonywać, że Duch Święty przebywa w nim osobiście i z pełną mocą. Dlatego, kiedy okazało się, że mówił fałszywie o niebie i gwiazdach i ruchach słońca i księżyca, to chociaż te sprawy nie należą do doktryny religijnej, jednak jego bezczelność dostatecznie udowodniła, że był bluźniercą, skoro wypowiadał się nie tylko jako ignorant, ale także kłamca z taką szaloną pychą i bez sensu, że próbował przedstawiać się jako Osoba Boska.
Kiedy słyszę jak jakiś brat chrześcijanin wypowiada się o czymś, na czym się nie zna i coś tam mu się wydaje, cierpliwie patrzę na człowieka, który wyraża swoje opinie i nie widzę, żeby mu to w czymś przeszkadzało, jeśli tylko nie wierzy w jakieś niegodne rzeczy o tobie, Panie, Stwórco wszystkiego, nawet jeśli nie rozumie położenia i zwyczajów stworzenia cielesnego. Ale stoi mu na przeszkodzie, jeżeli uważa, że te sprawy należą do samej formy doktryny pobożności i ośmiela się uparcie wygłaszać twierdzenia o rzeczach, na których się nie zna. Ale nawet taką słabością zajmuje się miłość matczyna w kołysce wiary, dopóki nie powstanie nowy człowiek - mąż doskonały, który nie da się unosić każdym powiewem doktryny.
Ale on ośmielił się zostać nauczycielem, autorem, przywódcą i władcą tych, których tego nauczał, tak że ci, którzy za nim poszli wierzyli, że idą nie za jakimś człowiekiem ale za twoim Duchem Świętym. Gdyby Mani był gdzieś tutaj i można by go skazać za opowiadanie kłamstw - kto nie osądziłby, że takie szaleństwo należy potępić i precz odrzucić?
Ale wtedy nie potrafiłem jeszcze jasno zrozumieć, czy zgodnie z jego nauką da się wyjaśnić zmiany długości dni i nocy, same dnie i noce, zaćmienia słońca i księżyca i podobne sprawy, o których czytałem w innych książkach. Gdyby to było możliwe, nie byłbym pewien, kto ma rację, ale raczej wybrałbym wiarę w niego z powodu szacunku do jego świętości, w którą wierzyłem.
Rozdział V, 6
Przez prawie całe te dziewięć lat, kiedy mój wałęsający się umysł słuchał manichejczyków, szalenie pragnąłem przyjazdu owego Faustusa. Bo ci spośród nich, do których przedtem chodziłem, a którzy nie potrafili rozjaśnić moich wątpliwości w kwestiach, które podnosiłem, obiecywali mi jego - on miał przyjechać i w rozmowie łatwo wyjaśnić mi te sprawy, a nawet jeszcze trudniejsze kwestie.
Kiedy więc przyjechał, zobaczyłem człowieka wdzięcznego i przyjemnie mówiącego: dużo słodziej gadającego to samo co inni. Ale czy moje pragnienie mógł nasycić cenny puchar albo sympatyczny podczaszy? Bo moje uszy nasyciły się już tymi sprawami i nie zdawały mi się one wcale lepsze dzięki temu, że Faustus mówił o nich lepiej, ani bardziej prawdziwe dzięki temu, że fachowo podane, ani dusza nie zdawała mi się mądrzejsza przez to, że twarz była przystojna, a słowa ładne. Ci, którzy mi go przyrzekali nie potrafili dobrze oceniać rzeczy. Uważali go za rozsądnego i mądrego, bo podobało im się, jak mówił.
Wyczuwam, że jest jeszcze inny rodzaju ludzi: tacy, którzy są podejrzliwi nawet wobec prawdy i nie chcą jej uznać, jeżeli została im podana w formie składnej i obfitej mowy. Ale mnie już nauczyłeś, Boże mój, w cudowny i ukryty sposób (i dlatego wierzę, że to ty mnie uczyłeś, bo prawdą jest, że nikt poza tobą nie jest nauczycielem prawdy, gdziekolwiek i jakkolwiek byłaby podana), ty sam mnie już nauczyłeś, że nie dlatego mam widzieć, że coś jest prawdą, bo jest elokwentnie powiedziane, ani nie dlatego jest kłamstwem, że znaki ust są nieskładne. I na odwrót: nie dlatego cos jest prawdziwe, że powiedziane nie prosto powiedziane i nie dlatego fałszywe, że mowa jest wspaniała. Tak naprawdę mądrość i głupota są jak pokarm pożyteczny i szkodliwy, a słowa ozdobne i nieozdobne są jak miejska zastawa stołowa i wiejskie miski - na obu można pokarm podawać.
No i niecierpliwość moja, z którą oczekiwałem tego człowieka, została wynagrodzona przyjemnym rytmem i emocją jego wykładu i słowami składnymi i ozdobnymi, w które łatwo ubierał swoje zdania. Miałem z tego przyjemność i wychwalałem go i celebrowałem wraz z innymi, a nawet bardziej niż inni, ale przykro mi było, że w tłumie słuchaczy nie wolno mi było mu przerwać i podzielić się z nim dręczącymi mnie pytaniami, porozmawiać na stronie i wymienić zdania. Zacząłem, gdy to tylko było możliwe, wraz z moim towarzystwem docierać do jego ucha kiedy była sposobność do dyskusji i podniosłem kilka spraw, które mnie poruszały. Od razu poznałem, że mam do czynienia z człowiekiem nieobeznanym ze sztukami wyzwolonymi, z wyjątkiem tylko gramatyki i jego specyficznej zdolności. A że czytał niektóre mowy Cycerona, jakieś książki Seneki, trochę poetów i te z ksiąg swojej sekty, które były po łacinie i dobrze napisane, do czego dodał codzienne ćwiczenie wymowy, faktycznie był elokwentny. A jego elokwencja była tym łatwiejsza do przyjęcia i tym bardziej uwodząca, że towarzyszyło jej umiarkowanie wynikające z talentu i pewien wrodzony wdzięk.
Czyż nie jest tak, jak pamiętam, Panie Boże mój, sędzio sumienia mego? Przed tobą jest serce moje i wspomnienia moje, to, co wtedy ze mną czyniłeś w ukrytej Opatrzności twojej. Już odwróciłeś mnie twarzą do moich żałosnych błędów, żebym je zobaczył i znienawidził.
Rozdział V, 7
Caput V, 7
Po tym jak przekonałem się, że Faustus jest niezorientowany w tych sztukach, w których sądziłem, że jest mistrzem, straciłem nadzieję że wyjaśni mi i rozwiąże te kwestie, które mnie poruszały. Mimo tej ignorancji mógłby jednak być to człowiek prawdziwie pobożny, gdyby nie był manichejczykiem.
Ich książki pełne są przydługich bajek o niebie i gwiazdach, słońcu i księżycu. Nie sądziłem już, że Faustus może mi na wysokim poziomie wytłumaczyć, czego w każdym razie pragnąłem, czy te opowieści zawarte w książkach Maniego są pewnym i równie dobrym wyjaśnieniem przyczyn zjawisk jak te wyjaśnienia i obliczenia, które czytałem gdzie indziej. Kiedy proponowałem, żebyśmy te sprawy rozważyli i przedyskutowali, skromnie odmówił, bo nie śmiał wziąć na siebie takiego ciężaru. Wiedział, że nie zna się na tych sprawach i nie wstydził się tego przyznać. Nie należał do tych gadatliwych ludzi, których wielu musiałem cierpieć, którzy próbowali mnie tych rzeczy nauczyć, a nie potrafili nic powiedzieć. Ten jednak człowiek miał serce, choć może nie szczere wobec ciebie, to jednak dosyć ostrożne wobec siebie samego. Nie był w każdym razie ignorantem w kwestii swojej ignorancji i odmawiał wchodzenia w dyskusję, w której mógłby się tak zaplątać, że nie mógłby ani pójść wprzód ani łatwo cofnąć i wyjść z twarzą. I przez to tym bardziej mi się podobał. Piękniejsze jest przecież umiarkowanie szczerego umysłu niż te sprawy, które pragnąłem poznać, a przekonałem się, że Faustus był właśnie taki we wszelkich najtrudniejszych i zaawansowanych kwestiach.
Ostygł więc mój zapał do nauki Maniego, tym bardziej w stosunku do pozostałych ich nauczycieli, skoro okazało się, jak się sprawy mają z Faustusem w kwestiach mnie niepokojących. Zacząłem jednak spędzać z nim czas z powodu jego zapału do literatury, którą jako rektor Kartaginy wykładałem wtedy młodzieży, i czytać z nim to, co on sam pragnął usłyszeć albo to, co ja sam uznałem za odpowiednie dla człowieka jego talentu.
Gdy go poznałem, porzuciłem wszelkie plany dalszego zagłębiania się w tę sektę, choć zupełnie się od nich nie odciąłem. Nie znajdując czegoś lepszego, postanowiłem raczej zadowolić się na razie tym, co już jakoś tam przyswoiłem, zanim nie objawi mi się coś bardziej godnego wyboru. W ten sposób Faustus, który dla wielu był śmiertelną pułapką, mnie zaczął poluzowywać więzy, ani chcąc tego ani o tym wiedząc.
Ręka twoja, Boże mój, w tajemnej Opatrzności twojej nie porzuciła duszy mojej, a dniami i nocami otrzymywałeś ofiarę za mnie z krwi serca mojej matki przez jej łzy, i prowadziłeś mnie cudownymi sposobami. Ty to czyniłeś, Boże mój, bo Pan kieruje krokami człowieka i wytycza mu drogę. A jakie są środki zbawienia jeśli nie ręka twoja, która odnawia to, co stworzyłeś?
Rozdział V, 8
Caput V, 8
Prowadziłeś mnie tak, że postanowiłem jechać do Rzymu i raczej tam uczyć tego, czego uczyłem w Kartaginie. I nie przemilczę w tych wyznaniach wobec ciebie jak doszedłem do tego postanowienia, bo należy rozważać i głosić zarówno twoje najwyższe oddalenie jak i zawsze obecne w nas miłosierdzie twoje.
Nie dlatego chciałem jechać do Rzymu, że przyjaciele, którzy radzili mi jechać, obiecywali mi tam wyższe zarobki i większe zaszczyty (choć to także odgrywało dla mnie wtedy pewną rolę). Była inna, większa, i niemal jedyna przyczyna, mianowicie, że młodzież studiuje tam spokojniej i ucisza ich lepsza dyscyplina, tak że na przykład nie biegają wszędzie i nie wpadają nagle do szkoły nauczyciela, u którego się w ogóle nie uczą i w ogóle nie mogą wejść, jeżeli nauczyciel nie pozwoli. Tymczasem w Kartaginie obyczaje studentów są paskudne i dzikie. Wpadają do szkoły bezczelnie i niemal z furią zakłócając porządek ustanowiony dla pożytku każdego z uczniów. Popełniają wiele występków z zadziwiającą tępotą i prawo karałoby ich, gdyby nie chronił ich zwyczaj, co pokazuje jak bardzo są żałośni, bo robią to, na co twoje odwieczne prawo nigdy by nie pozwoliło, jakby to było dozwolone. Sądzą, że są bezkarni, a tymczasem karze ich własna ślepota na to, co robią, przez którą cierpią dużo bardziej niż rzeczywiście szkodzą. Sam nie zachowywałem się tak, kiedy byłem studentem, ale kiedy uczyłem, musiałem znosić to u innych. Dlatego podobała mi się myśl o wyjeździe tam, gdzie takie rzeczy się nie dzieją, o czym zaświadczali wszyscy zorientowani w sprawie.
Ale ty, moja nadziejo i moja cząstko w ziemi żyjących, zamierzałeś zmienić moje położenie w świecie dla zbawienia mojej duszy, więc do Kartaginy przyzywałeś kolce, które mogły mnie rozerwać, a w Rzymie obiecywałeś powaby, które miały mnie przyciągać. Robiłeś to przez ludzi, którzy kochali martwe życie, robili głupoty i jednocześnie obiecywali błahostki, ale ty używałeś w sekrecie zarówno ich przewrotności jak i mojej, żeby naprostować moją drogę. Tutaj mój spokój zakłócały ślepe dzikusy, a tamto zaproszenie do innego kraju było bardzo nęcące. Ja zaś nie znosiłem swojego żałosnego losu tutaj, a tam kusiło mnie fałszywe szczęście.
Ale tak naprawdę ty jeden wiedziałeś, dlaczego wyjeżdżałem stąd i jechałem tam, ale nie zdradziłeś tego ani mnie, ani mojej matce, która strasznie rozpaczała z powodu mojego wyjazdu i odprowadzała mnie aż nad morze. Ale ją oszukałem, choć próbowała mnie siłą trzymać, żebym albo nie jechał albo zabrał ją ze sobą. Wymyśliłem, że nie chcę zostawiać na statku przyjaciela dopóki wiatr nie powieje i statek będzie mógł odpłynąć, i oszukałem matkę, i to taką matkę. Wymknąłem się, bo odpuściłeś mi miłosiernie i uratowałeś mnie od wód morza, pełnych przeklętych nieczystości, i zaniosłeś aż do wód twojej łaski, którymi mnie obmyłeś przez rzeki z matczynych oczu, którymi codziennie skrapiała ziemię przed swoim obliczem. Ale wracać beze mnie nie chciała. Ledwie dała się przekonać, żeby spędzić tę noc w kaplicy świętego Cypriana, w miejscu blisko naszego statku. Ale tej nocy po kryjomu odpłynąłem, a ona nie. Została, modląc się i płacząc. A o co cię prosiła, Boże mój, z takimi łzami, jeśli nie to, żebyś nie pozwolił mi odpłynąć? Ale ty, z góry wypełniając i wysłuchując samego serca jej pragnienia nie dbałeś o to, o co akurat wtedy prosiła i miałeś wypełnić ze mną to, o co prosiła zawsze.
Powiał wiatr i wypełnił nasze żagle i zabrał brzeg sprzed naszych oczu. Tego ranka ona szalała z bólu, skarżyła się i jęczała, ty odwróciłeś ucho i odrzuciłeś te jęki, a mnie porwały moje pragnienia, żeby jej pragnieniom nadać granice a jej cielesną tęsknotę wychłostać słusznym biczem bólu. Kochała bowiem moja obecność przy sobie sposobem matek, ale o wiele za mocno i nie wiedziała, jakie radości wynikną w przyszłości z mojej nieobecności. Nie wiedziała, więc płakała i zawodziła, a w tych udrękach pokazało się w niej dziedzictwo Ewy, która z jękiem szuka tego, którego z jękiem urodziła. I tak w końcu przestała oskarżać mnie o kłamstwo i okrucieństwo, wróciła do swoich modlitw za mnie i ruszyła do swojego zwykłego życia, a ja ruszyłem do Rzymu.
Rozdział V, 9
Caput V, 9
A tam powaliła mnie ciężka choroba i już szedłem do piekła niosąc całe zło, które popełniłem przeciwko tobie, przeciwko sobie samemu i przeciwko drugim, a było to wielkie i ciężkie, a pod tym były jeszcze więzy grzechu pierworodnego, przez który wszyscy umieramy w Adamie. Bowiem żadnego z nich nie darowałeś mi w Chrystusie, a on nie rozwiązał nieprzyjaźni między mną a tobą przez Krzyż swój. Jak bowiem miałby ją rozwiązać przez krzyż wydumany, w który wtedy wierzyłem? Bo jak fałszywa wydawała mi się śmierć jego ciała, tak prawdziwa była śmierć duszy mojej i jak prawdziwa była śmierć jego ciała, tak fałszywe było życie duszy mojej, która w to nie wierzyła.
I wzmagała się gorączka, i już szedłem i ginąłem. Dokąd poszedłbym, gdybym wtedy odszedł, jeśli nie w ogień tortur godnych moich uczynków przez prawdę rozkazu twojego? Ona o tym nie wiedziała i modliła się za mnie pod moją nieobecność; ty zaś, wszędzie obecny, wysłuchałeś ją tam, a tu gdzie byłem zmiłowałeś się nade mną, tak że odzyskałem zdrowie ciała, choć wciąż sercem byłem wściekłym bluźniercą. I nie pragnąłem w tym zagrożeniu twojego chrztu. Byłem lepszy jako chłopiec, kiedy błagałem o niego matczyną pobożność, jak już to wspominałem i wyznawałem. Ale dorosłem na swoją zgubę i wariacko wyśmiewałem twoje lekarstwo. Jednak nie dałeś mi w ten sposób umrzeć dwukrotnie. Gdyby tak wtedy zranione zostało serce mojej matki, nigdy by się nie zagoiło. Nie mogę wypowiedzieć jak bardzo mnie kochała i z o ile większym niepokojem rodziła mnie w duchu niż urodziła mnie ciałem. Dlatego nie widzę, jakby mogła wyzdrowieć, gdyby moja śmierć wtedy przebiła same wnętrzności jej miłości.
A gdzie zanosiłaby tyle modlitw i to tak ciągle, bez przerwy? Gdzie, jeśli nie do ciebie? A czy ty, Boże miłosierdzia, wzgardziłbyś skruszonym i pokornym sercem czystej i trzeźwej wdowy, która rozdaje jałmużnę, która jest posłuszna twoim świętym i służy im, która nigdy nie zaniedbuje składania ofiary na twoim ołtarzu, która przychodzi do twojego kościoła dwakroć na dzień, rano i wieczorem, bez wyjątku, nie na plotki i pogawędki, ale żeby słuchać twojego słowa, a ty żebyś słuchał jej modlitw? Czy mógłbyś odrzucić i pozostawić bez pomocy te łzy, przez które prosiła nie o złoto i srebro, nie o jakieś zniszczalne czy ulotne dobro, ale o zbawienie duszy swojego syna? Czy mógłbyś odrzucić ją ty, dzięki któremu taka była? Przenigdy, Panie. Byłeś przy niej i wysłuchałeś i sprawiłeś wszystko w takim porządku, w jakim przeznaczyłeś, że ma się stać. Nie mógłbyś jej oszukać tymi wizjami i odpowiedziami, o których już wspominałem i innymi, o których nie wspomniałem, które zachowywała w swoim wiernym sercu i zawsze modliła się powierzając je tobie, jakby to były twoje własnoręczne podpisy. Bo ty sprawiłeś, że ci, którym odpuściłeś wszystkie długi, mogą stać się twoimi wierzycielami, a ty ich dłużnikiem przez twoje obietnice, bo na wieki miłosierdzie twoje.
Rozdział V, 10
Caput V, 10
Uzdrowiłeś mnie więc z tej choroby i uratowałeś syna służebnicy twojej - na razie w ciele, żeby potem dać mu lepsze i pewniejsze zdrowie. Trzymałem się w Rzymie tych fałszywych i oszukańczych świętych, nie tylko ich słuchaczy, do których zaliczał się ten, w którego domu chorowałem i wracałem do zdrowia, ale także tych, których zwą wybranymi.
Dalej mi się zdawało, że to nie my grzeszymy, ale coś innego w nas, sam nie wiem co, jakaś inna natura. I cieszyłem się zarozumiale, że jestem bez winy i, jeśli coś złego zrobiłem, nie wyznawałem grzechu, abyś uzdrowił duszę moją, bo zgrzeszyłem przeciwko tobie, tylko kochałem się usprawiedliwiać, a oskarżać to coś innego, co było ze mną, ale nie było mną. Tak naprawdę byłem to jednak ja cały, a bezbożność moja oddzieliła mnie od samego siebie, a to był grzech nie do uleczenia, bo nie uważałem się za grzesznika. I była to przeklęta nieprawość, że ciebie, Boże Wszechmogący, ciebie w sobie chciałem pokonać ku swojej zgubie, zamiast dać się tobie pokonać dla swojego zbawienia.
Jeszcze nie postawiłeś straży na ustach moich i drzwi wstrzemięźliwości nie wprawiłeś w wargi moje, żeby nie krzywiło się moje serce przez złe słowa dla szukania usprawiedliwień dla grzechu wraz z ludźmi czyniącymi nieprawość. I dlatego wciąż knułem z tymi ich wybranymi, ale skoro zwątpiłem że ta fałszywa nauka może przynieść mi pożytek, zachowywałem ją niedbale i lekceważąco, bo postanowiłem zadowalać się nią tylko do momentu, aż znajdę coś lepszego.
Pomyślałem sobie też, że filozofowie, których zwą akademikami są rozsądniejsi od innych, bo radzą wątpić we wszystko i stwierdzają, że człowiek nie może poznać żadnej prawdy. Zdawało mi się, że oni zrozumieli to jasno, tak przynajmniej powszechnie o nich sądzono, choć ja wtedy jeszcze nie rozumiałem ich intencji.
Nie udawałem też, że nie próbuję zniechęcać mojego gospodarza do zbytniej ufności w fantazje, których pełne są książki Maniego. Jednak byłem z manichejczykami w większej przyjaźni niż z ludźmi spoza tej herezji. I nie broniłem jej już z dawną zaciekłością. Jednak zażyłość z nimi (bo Rzym kryje wielu manichejczyków) rozleniwiła mnie w szukaniu czegoś innego, zwłaszcza że straciłem nadzieję, że w Kościele twoim, Panie nieba i ziemi, Stwórco wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, mogę znaleźć prawdę, od której oni mnie odciągali. Zdawało mi się czymś bardzo żenującym wierzyć, że masz kształt ciała ludzkiego i ograniczają cię zarysy cielesnych członków naszych, ale kiedy chciałem myśleć o moim Bogu, nie potrafiłem myśleć inaczej niż w kategoriach mas cielesnych (bo zdawało mi się, że wszystko jest cielesne). To była największa i niemal jedyna przyczyna mojego nieuchronnego błędu.
Wierzyłem, że zła substancja też ma swoją masę: wstrętną, zdeformowaną i tłustą, którą nazywano ziemią, albo cienką i lekką, jakby ciało powietrzne. Wyobrażają sobie, że ona jak umysł przewrotny przenika tę ziemię. A że pobożność nie pozwoliła mi wierzyć, żeby dobry Bóg stworzył jakąkolwiek złą naturę, wytworzyłem sobie dwie przeciwne sobie masy, obie nieskończone, ale złą mniejszą, a dobrą większą. Z tej początkowej zarazy wynikły dla mnie kolejne bluźnierstwa. Bo za każdym razem, kiedy mój umysł próbował wrócić do wiary katolickiej, odrzucało go, bo wiara katolicka nie była wcale tym, co za nią uważałem. I zdawało mi się bardziej pobożnym wierzyć, że ty, Boże mój, któremu wyznaję twoje miłosierdzie, jesteś ograniczony w jakiejś części, z tej strony, gdzie przeciwstawia ci się masa zła, niż wierzyć, że byłeś ograniczony ze wszystkich stron w kształcie ciała ludzkiego. Zdawało mi się, że lepiej nie wierzyć, że stworzyłeś jakiekolwiek zło (bo nie wiedząc jak się sprawy mają wyobrażałem sobie zło nie tylko substancję, ale jako substancję cielesną. Także umysł był dla mnie jakimś lekkim ciałem, które przenika przestrzeń) niż wierzyć, że stworzyłeś to, co wyobrażałem sobie jako naturę zła. Sądziłem, że sam Zbawiciel nasz, twój Jednorodzony, był wydzielił się jakoś z tej twojej masy świetlistej dla naszego zbawienia, bo nie umiałem wierzyć w nic, czego nie wyobraziłem sobie w mojej pustej głowie. Dlatego nie mogłem sądzić, że w naturze swojej mógł narodzić się z Maryi Panny, bo musiałby mieć do czynienia z ciałem. A gdyby miał do czynienia z ciałem, musiałby ulec skażeniu. Inaczej tego sobie nie wyobrażałem. Bałem się więc wierzyć w narodzenie z ciała, żebym nie musiał wierzyć w skażenie ciałem. Teraz twoi ludzie duchowi śmieją się ze mnie łagodnie i z miłością, kiedy czytają te moje wyznania, ale ja taki właśnie byłem.
Rozdział V, 11
Caput V, 11
Poza tym nie sądziłem, że da się obronić twoje Pisma, które oni atakowali, ale jednak naprawdę pragnąłem kiedyś wspólnie z kimś mądrym zbadać szczegóły tych ksiąg i dowiedzieć się, co on by o nich myślał. Bo słowa pewnego Elpidiusza, który przemawiał i argumentował publicznie przeciwko tymże manichejczykom, zaczęły mnie poruszać jeszcze w Kartaginie, bo przywoływał takie rzeczy z Pisma, którym trudno było się oprzeć. Ich odpowiedzi wydawały mi się słabe, zresztą nie dawali ich otwarcie, tylko nam, w sekrecie: mówili, że Pismo Nowego Testamentu są sfałszowane przez kogoś, sam nie wiem kogo, kto chciał wprowadzić prawo żydowskie do wiary chrześcijańskiej, ale niesfałszowanych egzemplarzy nigdy nie pokazywali.
Ale najbardziej trzymały mnie, dusiły i jakoś przygniatały moją myśl o rzeczach cielesnych te masy, pod którymi dyszałem i nie mogłem odetchnąć świeżym i prostym powietrzem twojej prawdy.
Rozdział V, 12
Caput V, 12
Zabrałem się pilnie do tego, po co przyjechałem do Rzymu, to jest uczeniem sztuki retorycznej i najpierw w domu zbierałem kilku studentów, żeby im i przez nich dać się poznać. I oto okazało się, że w Rzymie dzieje się coś, czego nie było w Afryce. Co prawda nie było tej destrukcji przez przeklętych chłopaków, ale prędko stało się jasne, że nagle mówili: "Chodźcie, nie płaćmy profesorowi" - umawiali się razem i przenosili do kogoś innego. Dezerterzy z prawdy. Sprawiedliwość jest dla nich niczym w porównaniu z miłością do pieniędzy. Nienawidziło ich serce moje, ale nie doskonałą nienawiścią. Bo bardziej nienawidziłem tego, co od wycierpiałem niż tego, że w ogóle krzywdzili ludzi. Jasne, że tacy ludzie są wstrętni i zdradzają ciebie, kochając ulotne rozrywki czasu i żółty zysk, który brudzi łapiącą go rękę. Obejmują uciekający świat a gardzą tobą, który trwasz i wołasz i przebaczasz dziwce - ludzkiej duszy, kiedy wraca do ciebie. Teraz też nienawidzę takich zdeprawowanych i zaburzonych chłopaków, ale kocham ich poprawiać, żeby woleli raczej samą wiedzę, której się uczą, od pieniędzy, a od niej - ciebie, Boga, Prawdę i Pełnię pewnego dobra i Pokój najczystszy. Ale wtedy bardziej nie znosiłem tego, że mnie skrzywdzili niż chciałem, żeby stali się dobrzy ze względu na ciebie.
Rozdział V, 13
Caput V, 13
Dlatego kiedy do prefekta Rzymu przyszedł list z Mediolanu z prośbą, żeby przysłał do miasta nauczyciela retoryki, a podróż była zapewniona publiczną pocztą, zgłosiłem się za pośrednictwem tych samych manichejczyków, pijanych bzdurami (od których miałem się przez to oddzielić, ale ani oni o tym nie wiedzieli, ani ja). Prefekt Symmachus zaaprobował moją mowę na zadany przez siebie temat i posłał mnie tam.
W Mediolanie przyszedłem do Ambrożego, biskupa, jednego z najlepszych ludzi na świecie, twojego pobożnego czciciela, którego słowa dziarsko zapewniały twojemu ludowi tłuszcz twojego ziarna i radość oleju i trzeźwe upojenia wina. Do niego zostałem przyprowadzony nieświadomie, żebym przez niego doszedł świadomie do ciebie. Ten mąż Boży przyjął mnie po ojcowsku i moją pielgrzymkę pokochał jak prawdziwy biskup. I zacząłem go kochać, na początku nie jako nauczyciela prawdy, bo na znalezienie jej w twoim Kościele straciłem nadzieję, ale jako człowieka, który był mi przyjazny. I pilnie słuchałem jego wykładów do ludu, nie z taką intencją, z jaką powinienem, ale jakby odkrywając jego umiejętności, czy dorównają jego sławie czy będzie bardziej albo mniej elokwentny niż mówili. Zatrzymywałem się z uwagą na jego słowach, ale samej rzeczy byłem nieciekawy i ze wzgardą trzymałem się z boku. Cieszyłem się słodyczą jego wymowy, bardziej uczonej, ale mniej dowcipnej i ujmującej niż Faustusa, jeśli chodzi o styl mówienia. Między treściami nie ma w ogóle porównania: tamten był pogubiony w błędach manichejczyków, a ten przytomnie nauczał zdrowia. Ale daleko jest zdrowie od grzeszników, a ja byłem wtedy takim. Jednak po trochu i nieświadomie zbliżałem się do zdrowia.
Rozdział V, 14
Caput V, 14
Kiedy więc nie starałem się usłyszeć co mówił, tylko pilnie słuchałem jak mówił (bo to tylko mnie obchodziło, skoro straciłem nadzieję, że człowiek może otworzyć drogę do ciebie) dotarła do ducha mego razem ze słowami, których tak pilnie słuchałem, także treść, którą lekceważyłem, bo nie potrafiłem tych rzeczy rozdzielić. Kiedy otworzyłem serce, żeby przyjmować, jak elokwentnie mówił, dotarło do mnie, chociaż stopniowo, że on przecież prawdę mówi.
Gdy najpierw bowiem zacząłem widzieć, że treść samą da się obronić. Także wiarę katolicką, o której sądziłem, że nie da się za nią nic powiedzieć przeciw atakującym ją manichejczykom, wcale bez wstydu można uzasadnić - zwłaszcza kiedy raz i drugi i kolejny usłyszałem rozwiązania zagadek Starego Testamentu, które mnie zabijały, kiedy czytałem je dosłownie. Kiedy więc usłyszałem duchowe i pełne wyjaśnienie tych miejsc w księgach Pisma, zacząłem żałować mojej rozpaczy, która zakładała, że w ogóle nie da się sprzeciwić tym, co gardzą Prawem i Prorokami i wyśmiewają ich. Ale choć nie czułem wciąż, że powinienem trzymać się wiary katolickiej ponieważ i ona ma swoich uczonych zwolenników, którzy obficie i wcale nie głupio odpierają zarzuty, to nie uważałem też, że trzeba potępić to, czego ja się trzymałem, skoro strony sporu okazały się sobie równe. Tak to, choć katolicyzm nie wydawał mi się już zwyciężony, to wciąż jeszcze nie okazał się zwycięski.
Wtedy więc zacząłem wysilać umysł żeby sprawdzić, czy w jakiś sposób dam radę odwieść manichejczyków od ich fałszywych przekonań za pomocą pewnych dowodów. Gdybym potrafił pojąć substancję duchową, od razu rozwiązałyby się i opadłyby z mojego umysłu te ich machinacje: ale nie umiałem. Im dłużej rozważałem i porównywałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że co się tyczy tego świata, jego ciała i całej natury, którą można poznać zmysłowo, to o wiele bardziej prawdopodobne są poglądy wielu filozofów. I tak, na sposób akademików, jak o nich mówią, czyli we wszystko wątpiąc i wahając się między różnymi możliwościami, postanowiłem opuścić manichejczyków. Nie sądziłem, że powinienem pozostawać w tej sekcie w okresie mojego wątpienia, kiedy przedkładałem poglądy niektórych filozofów nad jej nauki. Ale odmówiłem też powierzenia leczenia mojej duszy tym filozofom, bo nie znali zbawczego imienia Chrystusa. Postanowiłem więc na razie pozostać katechumenem w Kościele katolickim, jak nakazali mi rodzice, zanim nie zaświeci mi coś pewnego, co wskaże mi kierunek.
Księga VI
Rozdział VI, 1
Caput VI, 1
Nadziejo moja od młodości mojej, gdzie mi to byłeś i gdzie się podziewałeś? Czy to nie ty stworzyłeś mnie i odróżniłeś mnie od czworonogów i ptaków powietrznych czyniąc mnie mądrzejszym? A ja chodziłem przez ciemność i ślizgawicę i szukałem cię na zewnątrz siebie, a nie znajdowałem Boga serca mego. I zstąpiłem w głębiny morza i rozpuściłem się i straciłem nadzieję, że odnajdę prawdę.
Wtedy to przybyła do mnie matka, silna pobożnością, idąc za mną przez lądy i morza i od wszelkiego zagrożenia bezpieczna dzięki tobie. Kiedy morze było wzburzone, pocieszała samych żeglarzy, u których zwykle nieobeznani z morzem podróżni szukają pocieszenia, gdy się boją. Matka obiecywała załodze bezpieczne lądowanie u celu, bo ty jej to obiecałeś w widzeniu.
Zastała mnie chwiejącego się poważnie w rozpaczy co do możliwości wyśledzenia prawdy, i choć przyznałem, że nie byłem już manichejczykiem, to nie byłem też katolikiem, chrześcijaninem. Nie żeby zareagowała, jakby usłyszała coś niespodziewanego. Nie wybuchła radością, bo tę część jej bólu nad moim nieszczęściem już ukoiłeś, w której płakała nade mną jak nad martwym, ale mającym z martwych powstać i niosła mnie w myślach swoich ofiarując mnie, abyś powiedział synowi wdowy: "Młodzieńcze, mówię ci, wstań!" i aby ożył i zaczął mówić i abyś oddał go jego matce. Jej serce nie zadrżało gwałtowną radością, kiedy usłyszała że stało się, na razie w części to, o co zadręczała ciebie codziennie prośbami: co prawda nie przyjąłem jeszcze prawdy, ale już uratowany byłem od kłamstwa. Była pewna, że dasz jej także resztę tego, o co prosiła, bo obiecałeś wszystko spełnić. Jak najspokojniej i z sercem pełnym ufności odpowiedziała mi, że wierzy w Chrystusie, że zanim odejdzie z tego życia ujrzy mnie wierzącym katolikiem. Tyle mnie powiedziała. Tobie zaś, o Źródło miłosierdzia, mówiła przez modlitwy i łzy coraz gęstsze, żebyś przyspieszył mój ratunek i oświecił moje ciemności. I coraz pilniej biegała do kościoła i spijała każde słowo z ust Ambrożego, źródła wytryskującego ku życiu wiecznemu. Kochała tego męża jak anioła Bożego, odkąd dowiedziała się, że to dzięki niemu przyszedłem do tego chwilowego punktu zwrotnego, przez który miałem przejść z choroby do zdrowia, tej chwili największego zagrożenia, którą medycy zwą przesileniem choroby.
Rozdział VI, 2
Caput VI, 2
A potem przyniosła ku pamięci świętych kaszę, chleb i wino, tak jak to robiła w Afryce, ale odźwierny ją zatrzymał. Kiedy dowiedziała się, że to biskup zabronił, tak pobożnie i posłusznie zgodziła się z tą decyzją, że sam się dziwiłem, jak łatwo stała się przeciwniczką swojego zwyczaju raczej niż krytyczką wprowadzenia tego zakazu.
Jej ducha nie opanowało pijaństwo ani miłość wina nie pobudzała jej do nienawiści prawdy, tak jak to się dzieje u wielu mężczyzn i kobiet, których pieśń trzeźwości przyprawia o takie mdłości jak rozcieńczony trunek. Ona kiedy przynosiła koszyk ze świątecznym jedzeniem, które miało być skosztowane i rozdane, nie nalewała więcej niż jeden kubeczek wina, rozcieńczonego do jej trzeźwego smaku, tylko po to, by uczynić zadość zwyczajowi. I jeśli zamierzała w ten sposób uczcić pamięć wielu zmarłych, nosiła ze sobą ten jeden kubeczek wina, które było już nie tylko wodniste, ale też całkiem ciepłe, dzieląc je z tymi, którzy byli obecni, w maleńkich łyczkach, bo robiła to z pobożności, a nie dla przyjemności. Kiedy zrozumiała, że z polecenia przesławnego kaznodziei i strażnika pobożności nie wolno tego czynić także tym, którzy zachowują trzeźwość, nie tylko dlatego, żeby nie dawać okazji do pijaństwa, ale też dlatego, że ten zwyczaj był podobny do ofiar dla zmarłych krewnych, które składają poganie, przestała to robić jak najchętniej, a zamiast koszyka pełnego owoców ziemi nauczyła się przynosić serce pełne przeczystych ślubów ku pamięci męczenników, wspomagała biednych i przyjmowała komunię ciała Pana, na wzór którego męki poświęceni i ukoronowani zostali męczennicy.
Ale zdaje mi się, Panie, Boże mój (a w moim sercu tak się ma ta sprawa przed obliczem twoim), że moja matka nie tak łatwo zrezygnowałaby ze swojego zwyczaju, gdyby zabronił go jej kto inny, kogo nie kochałaby tak bardzo jak Ambrożego. Jego kochała ze względu na moje zbawienie, a on ją za jej szalenie pobożne zwyczaje, bo pełniła dobre uczynki i z gorącym sercem uczęszczała do kościoła. Ambroży często wykrzykiwał, gdy mnie widział, że gratuluje mi takiej matki. Nie wiedział, jakiego ona ma we mnie syna, wątpiącego w to wszystko i prawie nie wierzącego, że da się znaleźć drogę życia.
Rozdział VI, 3
Caput VI, 3
Nie prosiłem jeszcze z jękiem, żebyś przyszedł mi z pomocą, ale skupiałem się na poszukiwaniu i mój duch niespokojny starał się rozsądzać, a samego Ambrożego uważałem za człowieka szczęśliwego w sensie doczesnym, skoro takie ważne osobistości go poważały. Jedynie jego bezżeństwo zdawało mi się męczące. Ale jakie żywił nadzieje, przeciw jakim pokusom musiała walczyć jego doskonałość, jaką pociechę miał wśród przeciwności, a ukryte w sercu jego usta jakie wspaniałości smakowały, gdy przeżuwał chleb twój - tego nie wiedziałem ani nie doświadczałem, a on nie wiedział, jak płonąłem i w jak głębokim zagrożeniu byłem.
Nie mogłem u niego szukać tego, czego chciałem tak jak chciałem, bo oddzielały mnie od jego uszu i ust tłumy zajętych ludzi, których potrzebom służył. A kiedy tak akurat nie było, poświęcał tę resztkę pozostałego czasu na to, żeby pokrzepić ciało niezbędnym pożywieniem albo ducha lekturą. Kiedy czytał, oczy przebiegały po stronicach, jego serce i umysł były otwarte, a głos i język - zamknięte. Często kiedy u niego byliśmy (bo nie było zwyczaju zapowiadania się ani nikomu nie zabraniano wejścia) widzieliśmy go tak po cichu czytającego, nigdy inaczej. Sami siedzieliśmy w ciszy (bo kto śmiałby mu się naprzykrzać?). Potem wychodziliśmy, bo zgadywaliśmy, że ten krótki czas, wolny od pilnych spraw innych ludzi, chciałby poświęcić na regenerację swojego umysłu i wolałby unikać rozpraszania się na inne sprawy, a może też chciałby się ustrzec konieczności (kiedy słuchacz śledziłby jego słowa z napięciem i uwagą) wyjaśniania niektórych trudniejszych ustępów, gdzie autor wyraził się niejasno. Gdyby czytał na głos, mógłby przeczytać mniej niż by chciał, poza tym mogło też chodzić o jego głos, bo łatwo go tracił. Z jakiegokolwiek powodu to robił, w każdym razie robił dobrze.
Ale z pewnością nie miałem nazbyt wielu okazji, żeby usłyszeć głos tej twojej wyroczni, jego serca, chyba że coś mogło być krótko wyjaśnione i wysłuchane. …
Rozdział VI, 4
Caput VI, 4
Kiedy nie wiedziałem, na czym polega twój obraz, powinienem był dociekać, jak należy w to wierzyć, a nie obrażać to, w co należało wierzyć. Tym ostrzej gryzłem się wewnątrz i niepokoiłem, że wstydziłem się, bo tak długo brałem za pewnik brudne i kłamliwe obietnice, uwiedziony chłopięcym błędem i zajadłością wygadywałem bzdury, jakby były to sprawy pewne. Że to były kłamstwa, przekonałem się dopiero potem; pewne było to, że były to rzeczy niepewne, a ja je miałem za pewne, kiedy ślepo wysilałem się, żeby oskarżyć twoją wiarę katolicką. Na razie nie przekonałem się jeszcze, że Kościół głosi prawdę, ale wiedziałem już, że nie głosi tego, o co go tak ciężko oskarżałem. Byłem pomieszany i nawracałem się i cieszyłem się, Boże mój, że jedyny Kościół, jedyne Ciało twoje, w którym wezwano nade mną imienia Chrystusa, gdy byłem niemowlęciem, nie gustuje w dziecinnych bredniach ani nie ma w swojej zdrowej doktrynie, że ty, Stwórca wszystkiego, choć największy i ogromny, jesteś jednak z każdej strony ograniczony formą członków ciała ludzkiego.
Cieszyłem się też, że przedstawiono mi stare pisma Prawa i Proroków w nowym świetle, innym od tego, w którym przedtem wydawały mi się absurdalne, kiedy argumentowałem, że święci twoi mają te absurdalne poglądy, których oni wcale nie wyznawali. Często w kazaniach do ludu słyszałem z radością, jak Ambroży mówił, jakby chciał pilnie podkreślić tę regułę: "Litera zabija, Duch ożywia". To, co rozumiane dosłownie wydawało się skrzywione, po odsłonięciu mistycznej zasłony, odsłonięte duchowo, nie oznaczało nic, co by mnie obrażało, choć jeszcze nie wiedziałem, czy jest to prawda. Wstrzymywałem swoje serce of wszelkiego przywiązania, bojąc się przepaści, a napięcie zabijało mnie jeszcze bardziej. Chciałem, żeby to, co niewidzialne stało się dla mnie tak pewne jak to, że siedem i trzy daje dziesięć. Nie byłem tak szalony by sądzić, że nie da się tego zrozumieć, ale pragnąłem poznać to tak, jak inne rzeczy: jak rzeczy cielesne, które akurat nie podpadały pod moje zmysły albo jak rzeczy duchowe, o których potrafiłem myśleć tylko w kategoriach cielesnych. Uzdrowić mogłaby mnie wiara, gdyby ostrze mego umysłu skierowało się jakoś ku twojej prawdzie, która zawsze pozostaje i w której nie ma braku. Ale jak to się często zdarza z kimś, kto doświadczył złego leczenia - boi się zaufać nawet dobremu lekarzowi, tak było ze zdrowiem mojej duszy: nie wierzyłem w ogóle, że mogę się wyleczyć, więc unikałem jakiegokolwiek leczenia w obawie przed tym, że uwierzę w oszustwo. Unikałem rąk twoich, które przygotowały skuteczne lekarstwa wiary i kropiły nimi choroby świata.
Rozdział VI, 5
Caput VI, 5
Już dając pierwszeństwo nauce katolickiej, czułem, że jest czymś skromniejszym i mniej błędnym wymagać wiary w to, czego nie da się udowodnić (czy to dlatego, że jest to coś, co wymyka się zrozumieniu czy też dlatego, że nie istnieje), niż bezsensownie obiecywać wiedzę i przez to wyśmiewać łatwowierność i kazać wierzyć w całą masę fantastycznych i absurdalnych rzeczy, których nie da się dowieść. Wtedy ty, Panie, łagodną i miłosierną ręką dotknąłeś i zebrałeś serce moje, i zauważyłem, jak wiele rzeczy przyjmuję na wiarę, choć ich nie widziałem ani nie byłem obecny, gdy się działy, jak na przykład wiele zdarzeń historycznych, mnóstwo detali o miejscach i miastach, których nigdy nie widziałem, i wiele rzeczy, które powiedzieli mi przyjaciele, lekarze, i mnóstwo innych ludzi. Bez wiary w to wszystko nie moglibyśmy w ogóle nic zrobić w tym życiu. Wreszcie - jak niewzruszona była moja wiara w to, z jakich rodziców się urodziłem, czego wiedzieć nie mogłem żadnym sposobem poza wiarą w to, co usłyszałem. Przekonałeś mnie, że powinienem obwiniać i nie słuchać wcale nie tych, którzy wierzą twoim księgom, które obdarzyłeś takim autorytetem u prawie wszystkich narodów, ale tych, co w nie nie wierzą - także kiedy mówią mi: "skąd wiesz, że księgi te dane zostały rodzajowi ludzkiemu przez jedynego prawdziwego i autentycznego Ducha Bożego?" - bo w to właśnie wierzyć należy najmocniej. Żadne bowiem kłótliwe i oszczercze argumenty, które wyczytałem u tak wielu sprzecznych między sobą filozofów nie zdołały mi wyperswadować wiary w to, że istniejesz, choć nie wiedziałem czym jesteś, ani w to, że zarządzasz sprawami ludzkimi do ciebie się odnoszącymi.
Ale w to wierzyłem - czasem mocniej, czasem słabiej, jednak zawsze wierzyłem, że ty jesteś i że troszczysz się o nasz rodzaj, chociaż nie wiedziałem co mam wyczuwać na temat twojej substancji i jaka droga prowadzi do ciebie, a raczej powraca do ciebie. Dlatego, że jesteśmy słabi w szukaniu prawdy czystym rozumem i przez to potrzebujemy autorytetu Pisma Świętego, zacząłem wierzyć, że w żaden sposób nie przypisałbyś takiego autorytetu na całym świecie tym wspaniałym Pismom, gdybyśmy nie mieli przez nie tobie wierzyć i gdybyś nie chciał, żebyśmy cię przez nie szukali. Absurdy, które dawniej mnie w tych Pismach obrażały, kiedy wysłuchałem wielu ich prawdopodobnych wyjaśnień, zaliczyłem do głębokich, uświęcających tajemnic. Tym bardziej zdawał mi się ich autorytet czcigodny i godzien przeświętej wiary, że były dostępne do czytania dla wszystkich, a godność swoich sekretów chowały w głębokim zrozumieniu. Dzięki słowom otwartym i skromnemu sposobowi mówienia Pismo wychodzi do wszystkich i przyciąga uwagę tych, którzy nie są lekkiego serca, aby przyjąć wszystkich na swoje łono, ale niewielu prowadzić przez wąskie szczeliny do ciebie. Jednak byłoby ich jeszcze o wiele mniej, gdyby Pismo nie wznosiło się jako najwyższy autorytet albo nie zamykało tłumów w objęciach swojej świętej pokory. Myślałem tak, a byłeś przy mnie. Wzdychałem, a słyszałeś mnie. Chwiałem się, a kierowałeś mną. Szedłem szeroką drogą czasu a nie opuściłeś mnie.
Rozdział VI, 6
Caput VI, 6
Z tęsknotą wyglądałem zaszczytów, bogactwa, małżeństwa, a ty się śmiałeś. Cierpiałem w tych pragnieniach gorzkie trudności, tym bardziej, im bardziej ty nie pozwalałeś mi smakować niczego, co nie było tobą. Patrzże na serce moje, Panie, który zechciałeś, żebym to zapisywał i wyznawał tobie. Teraz przywiera do ciebie dusza moja, którą wyciągnąłeś z wnętrzności tak zawziętej śmierci. Ależ była biedna! A ty nakłuwałeś jeszcze tę ranę, aby porzuciwszy wszystko moja dusza nawróciła się do ciebie, który jesteś ponad wszystkim i bez ciebie nic by nie było, aby się nawróciła i została uzdrowiona.
Jakże byłem więc biedny i jak ty sprawiłeś, żebym poczuł moją biedę tego dnia, kiedy przygotowywałem mowę pochwalną na cześć cesarza, w której wiele miałem kłamać, a znawcy mieli oklaskiwać kłamcę. Takimi troskami dyszało serce moje i płonęło od myśli jak od gorączki, kiedy szedłem przez jakąś ulicę Mediolanu i zauważyłem biednego żebraka, już dobrze, jak sądzę, najedzonego, który śmiał się i żartował. Westchnąłem i powiedziałem moim przyjaciołom, którzy byli ze mną, jak bardzo bolą nas nasze wariactwa, bo wszystkie nasze przedsięwzięcia, którymi się wtedy trudziłem, poganiany ostrogą pragnień, ciągnięty przez brzemię mojego nieszczęścia, które wciąż się wzmagało, niczego innego nie chcieliśmy niż osiągnąć taką bezpieczną uciechę, w której tej żebrak nas uprzedził i już ją pewnie odczuwał. Bo do tego, co on osiągnął dzięki kilku użebranym monetom ja dążyłem przez trudne i pokrętne ścieżki - do uciechy czyli tymczasowej szczęśliwości. Nie miał bowiem prawdziwej radości, ale i ja jej nie szukałem, choć byłem dużo bardziej ambitny. Ale on się cieszył, a ja się martwiłem. On był bezpieczny, a ja się trząsłem. A przecież gdyby ktoś mnie zapytał, czy wolałbym się cieszyć czy obawiać, odpowiedziałbym: "cieszyć się". Ale gdyby z kolei zapytał mnie, czy wolałbym być tym żebrakiem czy sobą, takim, jaki wtedy byłem, pogrążonym w troskach i lękach, odpowiedziałbym, że sobą, ale byłaby to przewrotna odpowiedź. Czy może prawdziwa? Nie powinienem wybierać siebie dlatego, że byłem bardziej uczony, bo wewnątrz się nie radowałem. Starałem się wewnątrz sprawiać przyjemność ludziom, nie po to, by ich uczyć, ale tylko by sprawiać im przyjemność. Dlatego i ty kijem dyscypliny twojej łamałeś moje kości.
Niech odejdą od duszy mojej ci, którzy jej mówią: "Ważne jest z czego czerpiemy radość. Ten żebrak cieszył się, bo był pijany, ty pragnąłeś cieszyć się chwałą". Jaką chwałą, Panie, jeśli nie w tobie? Bo tak jak radość nie była prawdziwa, tak i chwała nie była prawdziwa i jeszcze bardziej wywracała mój umysł. On ze swojego pijaństwa wytrzeźwiał jeszcze tej nocy, a ja z moim zasnąłem i wstałem i znów miałem zasnąć i znowu wstawać, przez nie wiedzieć ile kolejnych dni. To ważne, z czego czerpiemy radość, wiem o tym, a radość nadziei wierzącego bez porównania różni się od tej znikomości, ale i wtedy była między nami różnica. Bez wątpienia on był szczęśliwszy, nie tylko dlatego, że jego przepełniała wesołość, podczas kiedy mnie gnębiły troski, ale także dlatego, że on dobrze zarobił na swoje wino, a ja kłamstwami zarabiałem na pychę. Często wtedy tak mówiłem do moich najdroższych ludzi, i często dzięki temu zwracałem uwagę na to, jak się miewam, i odkrywałem, że miałem się źle, bolało mnie i zbierała się moja żałość. A kiedy uśmiechnęło się do mnie szczęście, nie śmiałem po nie sięgnąć, bo odfruwało zanim zdołałem je pochwycić.
Rozdział VI, 7
Caput VI, 7
Wzdychaliśmy nad tym z przyjaciółmi, a najwięcej i najbliżej rozmawiałem o tym z Alipiuszem i Nebrydiuszem. Alipiusz pochodził z mojego miasta, jego rodzice należeli do ważnych tamtejszych familii, był ode mnie młodszy. Studiował też u mnie, kiedy zacząłem uczyć w naszym mieście, a potem w Kartaginie, i kochał mnie bardzo, bo uważał mnie za dobrego i uczonego, a ja jego kochałem dla jego wielkiej, wrodzonej siły charakteru, która już dała o sobie znać w tak młodym wieku. Jednak wir obyczajów kartagińskich, gdzie szaleją głupie widowiska, wciągnął go w wariactwo wyścigów. Kiedy on się w tym wirze żałośnie kręcił, ja uczyłem retoryki w publicznej szkole. Nie słuchał mnie wtedy jako nauczyciela z powodu jakiegoś sporu między mną a jego ojcem. Dowiedziałem się, że tak fatalnie kocha wyścigi i bardzo się zmartwiłem, bo sądziłem, że może zmarnować albo już zmarnował tak wielkie nadzieje w nim pokładane. Ale napomnieć go ani przymusić do zmiany nie miałem prawa - ani łagodnością przyjaźni ani regułami nauczyciela. Sądziłem, że ma o mnie takie samo zdanie jak jego ojciec, ale wcale tak nie było. I tak, lekceważąc wolę ojca, zaczął przychodzić i pozdrawiać mnie, słuchał trochę wykładu i wychodził.
Wypadło mi zresztą z pamięci, że miałem coś z nim zrobić, żeby nie marnował takiego talentu na ślepy i niebezpieczny zapał do pustych rozrywek. Naprawdę jednak ty, Panie, który rządzisz wszystkim co stworzyłeś, nie zapomniałeś, że w przyszłości miał zostać szafarzem sakramentu twojego między synami twoimi i aby otwarcie można było tobie przypisać jego poprawę, działałeś przeze mnie, ale w taki sposób, że o tym nie wiedziałem. Pewnego dnia siedziałem w odosobnionym miejscu a wokół mnie byli uczniowie. Alipiusz przyszedł, przywitał się, usiadł i zaczął słuchać tego, o czym była mowa. Akurat czytaliśmy coś, co pasowało mi wyjaśnić przez odwołanie się do przykładu z wyścigów, żeby rzecz stała się i jaśniejsza i zabawniejsza. A z tym przykładem pozwoliłem sobie na zjadliwe szyderstwo z tych, którzy oddają się temu wariactwu. Ty wiesz, Boże nasz, że akurat wtedy nie myślałem o Alipiuszu i jego leczeniu z tej zarazy. Ale on zaraz uznał, że ja o nim mówiłem i to, co dla kogo innego byłoby okazją do zagniewania na mnie, dla tego dobrego chłopaka stało się powodem do zagniewania na samego siebie, a mnie zaczął kochać jeszcze mocniej. Ty powiedziałeś kiedyś i wplotłeś w swoje Pismo słowa: "zgań mędrca, a pokocha cię". Ja go nawet nie ganiłem, ale ty używasz każdego człowieka, świadomego i nieświadomego, zgodnie z twoim porządkiem, który poznałeś (a który jest sprawiedliwy). Z serca i języka mojego wysypały się rozżarzone węgle, którymi przypaliłeś i uzdrowiłeś jego osłabiony umysł, rokujący takie nadzieje. Niech zamilknie o twojej chwale ten, kto nie rozważa twojego miłosierdzia, ale ja wyznaję je ze szpiku kości. Po tych słowach Alipiusz faktycznie wydobył się z tego głębokiego dołu, w którym dobrowolnie się zakopał i z dziwnym pożądaniem sam się oślepił. Otrząsnął umysł z mocnym umiarkowaniem, opierał się brudom wyścigów i więcej tam nie wracał. Potem przekonał ojca, żeby mógł się u mnie uczyć. Ojciec się ugiął i pozwolił. Z kolei kiedy Alipiusz zaczął mnie słuchać, popadł ze mną w ten sam przesąd, kochając manichejską ostentacyjną wstrzemięźliwość, którą on uważał za prawdziwą i szczerą. Ale była to wstrzemięźliwość głupia i zwodnicza, łapiąca cenne dusze nie znające możliwych do osiągnięcia szczytów siły charakteru i łatwo dające się okłamać powierzchownym i ledwie zarysowanym obrazem siły charakteru.
Rozdział VI, 8
Caput VI, 8
Nie porzucając wmówionej mu przez rodziców drogi ziemskiej, Alipiusz poprzedził mnie w Rzymie i studiował tam prawo, a tam niewiarygodnie porwała go niesamowita tęsknota do igrzysk gladiatorów. Już po tym jak odwrócił się od takich rzeczy i znienawidził je, zdarzyło się, że, wracając z przyjaciółmi i współstudentami z obiadu, przechodził koło amfiteatru akurat w dzień tych okrutnych i zabójczych igrzysk. Wyrywając się gwałtownie i opierając przyjacielskiej przemocy został zaciągnięty do amfiteatru mówiąc: "jeśli ciało moje wciągniecie w to miejsce i tam posadzicie, to czy będziecie potrafili zwrócić mój umysł i moje oczy na to przedstawienie? Pójdę, ale będę jak nieobecny i w ten sposób będę wyżej od was i od tego, co się będzie działo" Oni słysząc to ani trochę nie przestali go ciągnąć ze sobą, przeciwnie, jeszcze bardziej się do tego przyłożyli, chcąc przekonać się, czy Alipiusz wytrzyma. Kiedy przyszli i usiedli na wolnych miejscach, już wszystko płonęło dzikimi emocjami. On zamknął oczy i nakazał umysłowi nie uczestniczyć w tym złu. Gdyby tylko zatkał też uszy! Bo w pewnym momencie walki, kiedy uderzył go wielki krzyk całego tłumu, zwyciężony ciekawością i jakby gotowy na wszystko, co może zobaczyć i na wzgardzenie i przezwyciężenie tego, otworzył oczy. I przebiła jego duszę rana cięższa niż rana ciała tego człowieka, którego pragnął zobaczyć i upadł gorzej niż ten, którego upadek wzbudził cały hałas. Wrzawa weszła przez jego uszy i otworzyła jego oczy, uderzyła i przetrąciła jego zuchwały raczej niż mocny umysł, słabszy przez to, że oczekiwał od samego siebie tego, czego powinien oczekiwać od ciebie. Kiedy zobaczył krew, wypił z nią i dzikość i się nie odwrócił, ale utkwił spojrzenie i żłopał furie, a nie wiedział, i cieszył się wstrętną walką i upijał okrutną przyjemnością. I nie był już tym, który tu przyszedł, ale był jednym z tłumu, w który wszedł i prawdziwym towarzyszem tych, którzy go przyprowadzili. Cóż więcej? Patrzył, krzyczał, płonął, wyniósł z sobą szaleństwo, które popchnęło go do powrotu, nie tylko z tymi, którzy go najpierw uprowadzili, ale chodził przed innymi i sam innych przyciągał. A jednak uratowałeś go ręką potężną i miłosierną i nauczyłeś go pokładać ufność w tobie, a nie w sobie samym, ale to było dużo później.
Rozdział VI, 9
Caput VI, 9
Tak naprawdę jednak zachowało się to w jego pamięci, żeby w przyszłości stać się lekarstwem. Zdarzyło się też, kiedy jeszcze studiował i słuchał mnie w Kartaginie, że w środku dnia zastanawiał się na forum, co będzie recytował, jak to studenci robią dla ćwiczenia, a ty dopuściłeś, że został zatrzymany przez strażników forum jako złodziej. Nie sądzę, że dozwoliłeś na to z innej przyczyny, Boże nasz, jak tylko aby ten przyszły wielki człowiek zaczął się uczyć, żeby nie osądzać człowieka pochopnie, z bezmyślną łatwowiernością.
Kiedy przechadzał się samotnie przed trybunałem ze swoimi tabliczkami i rysikiem, nagle pewien chłopak, jeden ze studentów (prawdziwy złodziej) po kryjomu przyszedł z siekierą. Niezauważony przez Alipiusza, podszedł do ołowianych krat przechodzących od góry przez ulicę srebrników i zaczął rąbać ołów. Jednak słysząc dźwięk siekiery, srebrnicy, którzy byli pod spodem, zaczęli szemrać między sobą i wysłali ludzi żeby pochwycili, kogo znajdą. Słysząc z kolei ich głosy, złodziej porzucił swoje narzędzie, bojąc się, żeby go z nim nie złapali, i uciekł. Alipiusz zaś, który nie widział, jak tamten wchodził, ale zauważył jak wychodził i widział go prędko uciekającego, chcąc poznać przyczynę, wszedł tam i znalazł siekierę. Stał i zastanawiał się, kiedy ci, których wysłano znaleźli go stojącego samotnie, trzymającego to właśnie żelazne narzędzie, którego dźwięk ich tu przyprowadził. Łapią go i wloką, a zebrawszy mieszkańców na forum chwalili się przed nimi, że złapali złodzieja na gorącym uczynku i zaprowadzili go do środka, przed sędziów.
Ale na tym skończyła się jego lekcja. Bo zaraz, Panie, przyszedłeś na pomoc niewinności, której świadkiem ty sam byłeś. Bo kiedy prowadzili go do więzienia albo na tortury, spotkali po drodze pewnego architekta, który zajmował się publicznymi budynkami. Oni ucieszyli się, że właśnie jego spotkali, bo on ich podejrzewał, kiedy coś ginęło na forum, a teraz mógł poznać, czyja to była sprawka. Ale architekt natychmiast poznał Alipiusza, którego widywał w domu pewnego senatora, którego przychodził pozdrawiać. Wziął go za rękę, odciągnął od tłumu i, pytając o przyczynę tak poważnych kłopotów, dowiedział się, co się stało. Potem kazał całemu temu rozkrzyczanemu i burzącemu się tłumowi iść za sobą. Przyszli do domu tego chłopaka, który rzecz popełnił. Przed drzwiami stał chłopczyk, taki mały, że nie bał się niczego ze strony swego pana i mógł łatwo wszystko wyjaśnić, bo był z nim na forum. Alipiusz przypomniał to sobie i powiedział architektowi. Ten pokazał siekierę chłopcu i zapytał, czyja to siekiera. "Nasza", powiedział zaraz chłopaczek, a potem, przepytywany, wyjawił całą historię. Sprawa przeniosła się więc do tego domu, a tłumek, który już zaczął triumfować nad Alipiuszem, teraz się zawstydził. A przyszły głosiciel twego słowa i sędzia wielu spraw w Kościele twoim, bogatszy o doświadczenie i naukę, poszedł sobie.
Rozdział VI, 10
Znalazłem go w Rzymie. Przywiązał się do mnie mocnym węzłem i wyruszył ze mną do Mediolanu, żeby mnie nie opuszczać i żeby wykorzystać w praktyce swoje studia prawnicze, bardziej z woli rodziców niż dla siebie. Już trzykrotnie zasiadał w sądzie okazując cudowne umiarkowanie, ale on sam dziwił się raczej tym, którzy przedkładali złoto nad niewinność. Jego charakter był kuszony nie tylko urokami pożądliwości, ale i ostrzem strachu. W Rzymie zasiadał z komesem skarbu Italii.
Był wtedy pewien potężny senator, któremu wielu zawdzięczało korzyści, ale poddani byli jego groźbom. Chciał, zgodnie ze swoim zwyczajem człowieka potężnego, żeby dano mu pozwolenie na coś, sam nie wiem co, co według prawa było zabronione. Alipiusz się sprzeciwił. Zaproponowano łapówkę. Uśmiał się w duchu. Nastąpiły groźby. Podeptał je. Dziwili się wszyscy jego niezwykłej duszy, bo chodziło o człowieka słynnego z niezliczonych możliwości wyświadczania innym korzyści albo szkodzenia, a Alipiusz ani nie chciał go mieć za przyjaciela ani nie bał się go jako wroga. Sam sędzia, któremu Alipiusz asystował, także nie chciał się zgodzić, ale nie sprzeciwił się otwarcie. Raczej zrzucił winę na Alipiusza mówiąc, że to on nie pozwala, co było prawdą - gdyby sędzia się zgodził, Alipiusz by odszedł.
Jedyne, co go prawie skusiło to zamiłowanie do literatury, bo chciał zamawiać książki po cenach urzędowych, ale zasięgnąwszy rady sprawiedliwości wrócił się ku dobru, sądząc, że pożyteczniejsza jest równość, która tego zabrania niż władza, która dozwala. Drobna to rzecz, ale kto jest wierny w małych rzeczach, będzie wierny i w wielkich, bo przecież nie na darmo w ust Prawdy twojej padło: "Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?" Taki był ten, który wtedy stał przy mnie i razem ze mną zastanawiał się, jaką drogę życia obrać.
Także Nebrydiusz porzucił rodzinne strony w pobliżu Kartaginy i samą Kartaginę, gdzie często bywał, porzucił wspaniały majątek ojcowski, porzucił dom i matkę, która z nim nie pojechała - i przybył do Mediolanu z tej jednej przyczyny, żeby ze mną żyć w gorącym entuzjazmie dla prawdy i mądrości, szukać z zapałem szczęśliwego życia i rozważać najtrudniejsze problemy.
I byliśmy trojgiem biednych ust, dyszących na siebie nawzajem swoim ubóstwem, a do ciebie - abyś dał nam pokarm we właściwym czasie. I we wszystkich goryczach, które, z miłosierdzia twego, towarzyszyły naszym doczesnym działaniom, kiedy zastanawialiśmy się, czemu nas to spotyka, na spotkanie wychodziły nam ciemności i odwracaliśmy się z jękiem i mówiliśmy "Ile jeszcze?". I często tak mówiliśmy, a mówiąc nie porzucaliśmy tego, co robiliśmy, bo nie zaświeciło nam nic innego, nic pewnego, czego moglibyśmy się uchwycić, gdy to porzucimy.
Rozdział VI, 11
Caput VI, 11
A ja dziwiłem się bardzo przypominając sobie z wysiłkiem ile to już czasu minęło od mojego dziewiętnastego roku życia, kiedy to zacząłem płonąć zapałem do mądrości, postanawiając, gdy już ją znajdę, porzucić wszystkie puste pożądania, próżne nadzieje i wariackie kłamstwa. I oto miałem już trzydzieści lat, a tkwiłem w tym samym błocie, pragnąc cieszyć się uciekającą teraźniejszością, która mnie rozpraszała, gdy mówiłem: "Jutro znajdę. Oto pokaże się jasno, a ja ją zatrzymam. Przyjedzie Faustus i wszystko mi wytłumaczy. Wielcy ludzie ci akademicy! Nic pewnego nie da się ustalić, żeby prowadzić dobre życie. Ale jednak szukajmy pilniej i nie rozpaczajmy. Te rzeczy, które wydają się absurdalne w księgach kościelnych wcale takie nie są i da się je tłumaczyć także inaczej i uczciwie. Ustawię stopy na tym stopniu, na którym postawili mnie rodzice jako chłopca dopóki nie znajdę jasnej prawdy. Ale gdzie jej szukać? Jak jej szukać? Nie ma czasu Ambroży, nie mam czasu czytać. Gdzie będziemy szukać tych książek? Skąd i jak je kupimy? Od kogo? Znajdźmy czas, poświęćmy godziny dla zbawienia duszy. Powstała wielka nadzieja: wiara katolicka nie uczy tego, co myśleliśmy i o co ją na próżno oskarżaliśmy. Jej uczeni wcale nie wierzą, że Bóg jest ograniczony postacią ciała ludzkiego. I co, boimy się pukać, bo reszta się otworzy? Godziny przedpołudniowe zajmują uczniowie - a z pozostałymi co robimy? Dlatego tego nie robimy? Ale kiedy będziemy pozdrawiać ważnych przyjaciół, których wsparcia potrzebujemy? Kiedy przygotujemy, czego wymagają studenci? Kiedy odpoczniemy od napięcia trosk?"
"Niech wszystko przepadnie, porzućmy całą tę pustkę i nicość: poświęćmy się tylko poszukiwaniu prawdy. Życie jest żałosne, a śmierć - niepewna. Nagle przychodzi - i jak ją spotkamy? I gdzie nauczymy się tego, co tutaj zlekceważyliśmy? Czy nie będziemy musieli za to lekceważenie zapłacić? A co jeżeli śmierć odcina i kończy wszystkie troski razem z odczuwaniem? Trzeba to wziąć pod uwagę. Ale lepiej, żeby tak nie było. To nie jest bez znaczenia, nie jest bez sensu, że wiara chrześcijańska cieszy się tak wielkim poważaniem po całym świecie. Nigdy przecież Bóg nie dokonałby dla nas tak wiele i tak wielkich rzeczy, gdyby śmierć ciała pociągała też za sobą utratę życia duszy. Dlaczego więc zwlekamy? Czemu nie porzucimy doczesnej nadziei i nie poświęcimy się cali szukaniu Boga i szczęśliwego życia?
Ale zaraz: tamte rzeczy też są przyjemne, mają w sobie niemałą słodycz. Nie trzeba porzucać ich pochopnie, bo brzydko byłoby do nich wracać. Ile to trzeba wysiłku, żeby osiągnąć jakąkolwiek pozycję. Ale czego tu więcej pragnąć? Wielu jest wpływowych przyjaciół. Jeśli nie coś innego, nawet jeśli się bardzo spieszymy - da się załatwić posadę zarządcy prowincji. I pojąć żonę w własnymi pieniędzmi, żeby za bardzo nie ciążyła naszemu majątkowi - i to by było na tyle jeśli chodzi o pragnienia. Wielu wybitnych ludzi, godnych naśladowania, poświęcało się mądrości wraz z małżonkami".
Kiedy tak mówiłem i zmieniały się wiatry i nosiły moje serce to tu, to tam, mijał czas i opóźniałem nawrócenie do Pana i odkładałem życie w tobie z dnia na dzień, ale nie odkładałem codziennego umierania w sobie samym. Kochając szczęśliwe życie bałem się go w jego siedzibie i uciekałem od niego szukając go.
Uważałem, że byłbym bardzo żałosny, gdyby pozbawiono mnie objęć kobiety, a nie znałem lekarstwa miłosierdzia twego leczącego tę chorobę, bo go nie doświadczyłem, i wierzyłem, że da się być wstrzemięźliwym dzięki własnym siłom, których w sobie nie znajdowałem, bo byłem na tyle głupi, że nie wiedziałem, co jest napisane: że nikt nie może osiągnąć wstrzemięźliwości, jeżeli ty mu jej nie dasz. A dałbyś mi ją, gdybym z jękiem uderzał do uszu twoich i gdybym zrzucił moją troskę na ciebie ze stałą wiarą.
Rozdział VI, 12
Caput VI, 12
Rozsądnie zabraniał mi Alipiusz żenić się, mówiąc, że w żaden sposób nie będziemy mogli żyć razem w spokoju i w miłości mądrości, jak tego od dawna pragnęliśmy, gdybym się ożenił. On sam bowiem żył, jeśli o to chodzi, w jak największej czystości, co było tym bardziej cudowne, że miał doświadczenie seksu kiedy był bardzo młody, ale jakoś go to nie przywiązało, raczej tego żałował i nienawidził i od tamtej pory żył w największej czystości. Ja zaś sprzeciwiałem mu się za pomocą przykładów tych, którzy w małżeństwie żyli dla mądrości, znaleźli łaskę u Boga i byli wierni przyjaciołom i kochali ich. A ja byłem daleki od takiej wielkości ducha i związany śmiercionośną słodyczą choroby ciała ciągnąłem swój łańcuch, bojąc się uwolnienia i odrzucałem słowa dobrej rady rękę rozwiązującą więzy na podrażnionej ranie. Poza tym przeze mnie wąż mówił do Alipiusza, plotąc i zarzucając słodkie wnyki na jego drodze, żeby wpadły w nie jego zacne i lekkie stopy.
Kiedy zaś dziwił się, że ja, którego niemało cenił, tak przylgnąłem do kleju tej przyjemności, jak utrzymywałem, za każdym razem, gdy między sobą rozmawialiśmy, że żadną miarą nie mógłbym żyć w celibacie, a kiedy widziałem, że Alipiusz się dziwił, broniłem się, że wielka jest różnica między jego pospiesznym i skrytym doświadczeniem, którego prawie już nie pamiętał, a więc łatwo mu je potępić, a moimi przyjemnościami, do których się przyzwyczaiłem, a którym brakowało tylko szlachetnego miana małżeństwa. On tak bardzo nie mógł się nadziwić, że ja nie mógłbym zrezygnować z tego życia, że sam zaczął pragnąć małżeństwa, zwyciężony nie przez pożądanie takich samych rozkoszy, ale przez ciekawość. Mówił, że chciałby poznać, co to jest takiego, bez czego moje życie, które jemu tak się podobało, mnie zdawałoby się nie życiem, lecz karą. Dziwił się, wolny od tych więzów ducha, mojej niewoli i dziwiąc się zaczął być ciekawy tego doświadczenia i szedł w jego stronę i może byłby wpadł w tę samą niewolę, której się dziwił, bo chciał się związać ze śmiercią, a kto kocha niebezpieczeństwo, ten w nie wpadnie. Ale żaden z nas nie uważał piękna małżeństwa, które leży w podtrzymywaniu związku i wychowywaniu dzieci, za coś szczególnie ważnego. Mnie głównie trzymał i strasznie dręczył silny zwyczaj sycenia nienasyconej żądzy, a jego ciągnął w niewolę podziw. Tacy byliśmy zanim ty, Najwyższy, co nie opuszczasz prochu naszego, nie zmiłowałeś się nad biedakami i nie przyszedłeś nam na pomoc cudownie i w ukryciu.
Rozdział VI, 13
Caput VI, 13
Zachęcano mnie energicznie, żebym się ożenił. Już się oświadczyłem, już się zaręczyłem - głównie dzięki staraniu matki, która chciałaby, żeby, skoro się ożenię, obmył mnie chrzest zbawienia, i która co dzień cieszyła się widząc moje przygotowania. Zauważała, że jej śluby i twoje obietnice wypełniają się w mojej wierze. Jednak, choć co dzień prosiła z wielkim wołaniem serca (i na moją prośbę i z własnej głębokiej tęsknoty), żebyś pokazał jej w wizji coś na temat mojego przyszłego małżeństwa, ty nigdy nie zechciałeś tego zrobić. Widziała jakieś rzeczy puste i fantastyczne, które zbierają się przez impuls w ludzkim duchu wysilającym się nad tą sprawą i opowiadała mi, nie z ufnością, jak zwykła to czynić kiedy ty jej coś ukazywałeś, ale z lekceważeniem. Mówiła, że może odróżnić jakiś smak, którego nie da się opisać słowami, który jest odmienny dla twoich objawień i dla jej śniącej duszy. Jednak presja trwała i poprosiło się o rękę dziewczyny, której wiek nie pozwalał na małżeństwo jeszcze przez dwa lata, ale że się podobała, to się czekało.
Rozdział VI, 14
Caput VI, 14
W grupie wielu przyjaciół zastanawialiśmy się i rozmawiali, bo nie znosiliśmy chaotycznych udręczeń życia ludzkiego. Prawie już postanowiliśmy wycofać się od tłumów i żyć spokojnie. Spokój ten osiągnęlibyśmy tak, że jeślibyśmy coś posiadali, zebralibyśmy majątek każdego z nas w jeden wspólny fundusz, a dzięki szczerej przyjaźni nie należałoby już to do jednego, a tamto do drugiego, ale wiele stałoby się jednym i wszystko należałoby do każdego i do wszystkich. Było nas w sumie dziesięciu w tym towarzystwie i byli wśród nas ludzie zamożni, przede wszystkim Romanianus, nasz krajan, którego ważne interesy przywiodły na dwór, od młodości mi najbliższy. On najbardziej przekonywał do tej sprawy i miał dużą siłę przekonywania, bo jego wielki majątek znacznie przewyższał pozostałych.
Chcieliśmy, aby co roku dwóch z nas było jakby urzędnikami, zajmującymi się niezbędnymi sprawami, aby reszta miała spokój. Ale potem zaczęliśmy się zastanawiać, co o tym pomyślą nasze panie, bo niektórzy z nas już mieli żony, a inni chcieli się żenić. Wtedy cała umowa, którą tak dobrze ułożyliśmy, rozeszła się nam w rękach, załamała się i porzuciliśmy ją. Z powrotem do wzdychania i jęków i chodzenia po szerokich i wydeptanych drogach świata, bo wiele zamysłów było w sercu naszym, ale twoje zamysły trwają na wieczność. W tym twoim zamyśle śmiałeś się naszych i przygotowywałeś nam swoje zamysły, żeby dać nam pokarm we właściwym czasie i otworzywszy rękę napełnić nasze dusze błogosławieństwem.
Rozdział VI, 15
Caput VI, 15
Tymczasem moje grzechy się wzmagały: oderwano od mojego boku tę, z którą zwykłem sypiać, jako że była przeszkodą do małżeństwa. Serce przywarło do niej, więc było w mnie przebite i zranione i uchodziła ze mnie krew. A ona wróciła do Afryki, ślubując nigdy nie znać innego mężczyzny, i zostawiła ze mną naszego rodzonego syna. A ja, nieszczęśliwy, nie naśladowałem kobiety. Niecierpliwie znosiłem zwłokę, bo musiałem czekać dwa lata na tę, której się oświadczyłem, a że nie kochałem małżeństwa, ale byłem sługą żądzy, załatwiłem sobie inną, nie do małżeństwa, co podtrzymało i wzmogło chorobę duszy mojej, albo nietkniętą albo i zaostrzoną, przechowując utrwalony zwyczaj aż do nastania małżonki. Nie goiła się rana zadana mi przez poprzednie oderwanie, ale po gorączce i bólu zaczęła gwałtownie ropieć, a ból stał się zimniejszy, ale bardziej rozpaczliwy.
Rozdział VI, 16
Caput VI, 16
Tobie chwała, tobie uwielbienie, źródło miłosierdzia! Ja stałem się źałośniejszy, a ty - bliższy. Wyciągnąłeś już prawą rękę, by wyrwać mnie z błota i obmyć, a ja nie wiedziałem. Nic by mnie nie zatrzymało przed upadkiem w głąb jamy przyjemności cielesnych gdyby nie strach przed śmiercią i twoim przyszłym sądem, który mimo moich zmian opinii nigdy nie zniknął z mojego serca. I rozmawiałem z moimi przyjaciółmi, Alipiuszem i Nebrydiuszem, o istocie dobra i zła: w moim umyśle wygrałby Epikur, gdybym nie wierzył, że życie duszy trwa po śmierci, a proces zasług ma znaczenie, w co nie chciał wierzyć Epikur. I pytałem, czy gdybyśmy byli nieśmiertelni i mogli żyć w nieustannej rozkoszy ciała bez lęku przed jej utratą, to czy nie bylibyśmy szczęśliwi? I po co mielibyśmy szukać czegoś innego? Nie wiedziałem, że wielką biedą było już samo to, że zanurzony i ślepy nie potrafiłem pomyśleć światła zacności i darmo obejmującej piękności, której oko ciała nie widzi, ale widać ją z wnętrza. Nie zastanawiałem się, biedak, z jakiej to żyły płynie samo to, co, choć brudne, słodko omawiałem z przyjaciółmi, ani że nie potrafiłbym bez przyjaciół być szczęśliwy, nawet, zgodnie z moim ówczesnym poglądem, wśród dowolnej obfitości przyjemności cielesnych. Bo przyjaciół kochałem bezinteresownie i czułem, że oni mnie tak samo kochają. O drogi udręki! Biada duszom zuchwałym co wierzą, że kiedy odejdą od ciebie, coś lepszego znajdą! Kręcą się i wiercą, i na grzbiecie i na boku i na brzuchu, a wszędzie twardo, tylko tyś odpoczynkiem. Ale oto jesteś i wyzwalasz nas od żałosnych błędów i stawiasz nas na drodze i pocieszasz nas i mówisz: "biegnijcie, ja was niosę i ja poprowadzę i tam też zaniosę".
Księga VII
Rozdział VII, 1
Caput VII, 1
Już umarła moja młodość zła i wstrętna, wszedłem w wiek męski, a im byłem starszy, tym brzydszy przez pustkę, bo nie mogłem pomyśleć żadnej substancji poza taką, którą mogą zobaczyć oczy. Nie myślałem o tobie, Boże, w postaci ciała ludzkiego: od kiedy tylko zacząłem coś słyszeć o mądrości, zawsze od tego uciekałem i cieszyłem się, że to odrzuca w wierze matka nasza duchowa, Kościół twój katolicki, ale nie wiedziałem, jak mam inaczej myśleć o tobie. Próbowałem myśleć o tobie, ja, człowiek i to taki człowiek, o najwyższym i jedynym i prawdziwym Bogu, i wierzyłem aż do kości, że jesteś niezniszczalny, nienaruszalny i niezmienny, bo nie wiedzieć skąd i jak, ale jasno widziałem i byłem pewien, że to, co da się zniszczyć jest gorsze od tego, czego zniszczyć się nie da, to, czego nie da się naruszyć przewyższa to, co da się zepsuć, a co nigdy nie podlega zmianie jest lepsze od tego, co może się zmienić.
Wołało gwałtownie serce moje przeciwko wszystkim moim fantazjom, i próbowałem jednym ciosem przegnać otaczający mnie rój nieczystości sprzed ostrza mego umysłu, i znikały w mgnieniu oka, ale zbierały się znowu, wciskając mi się przed oczy i zaciemniając wzrok. Dlatego, nawet jeśli nie wyobrażałem sobie ciebie w ludzkiej postaci, to jednak próbowałem myśleć o czymś cielesnym, mającym wymiary przestrzenne - czy to przenikającego świat czy też poza światem przenikającego nieskończoność, choć samo było to niezniszczalne, nienaruszalne i niezmienne, bo dawałem temu pierwszeństwo przed zniszczalnym, naruszalnym i zmiennym, to jednak to, co pozbawione wymiarów wydawało mi się nicością, ale to dokładnie nicością, nie taką pustką, jaka pozostaje, gdy usuniemy ciało z miejsca, ale to miejsce pozostaje. Raczej gdyby opróżnić miejsce z wszelkich ciał, ziemskich, wilgotnych, powietrznych i niebieskich, ale jednak będzie to puste miejsce, coś w rodzaju przestrzennej nicości.
Moje serce było tak ociężałe, że nie świadome ani mnie samego, ani tego, co nie zajmuje przestrzeni, ani rozproszone, ani zebrane, ani nabrzmiałe, ani coś ogarniające, ani mogące ogarnąć - wszystko to wydawało mi się dosłownie nicością. Przez jakie formy zwykły chodzić oczy moje, przez takie obrazy chodziło serce moje. Nie widziałem, że sama intencja, którą formowałem te obrazy, nie była czymś podobnym do tych obrazów, a nie umiałaby ich formować, gdyby nie była czymś wielkim. I nawet o tobie, życie życia mojego, myślałem jako o czymś olbrzymim, przez nieskończoną przestrzeń wszędzie wypełniającym całą masę materii świata i poza nią, cały wszechświat, przez nieskończone dale, tak że zawiera ciebie ziemia, zawiera niebo, zawiera wszystko i wszystko to kończy się w tobie, a ty w niczym się nie kończysz. Tak jak dla światła słońca nie jest przeszkodą cielesność powietrza, które jest nad ziemią, a przenikając je nie łamie się i nie spada ale wypełnia je całe, tak o tobie sądziłem, że nie tylko niebo i powietrze i morze ale także cielesność ziemi przenikasz i że wszystkie największe i najmniejsze cząstki są przenikalne dla chwytającej je obecności twojej, a ukrytym natchnieniem zarządzasz wewnątrz i z zewnątrz wszystkim co stworzyłeś. Tak przypuszczałem, bo nie potrafiłem pomyśleć nic innego, ale to było fałszywe. Bo w ten sposób większa część ziemi zawierałaby większą część ciebie, a mniejsza - mniejszą, i gdyby w ten sposób wszystko było pełne ciebie, ciało słonia zawierałoby więcej ciebie niż ciało wróbla, bo byłoby większe i zajmowało więcej miejsca, a swoją obecność rozdzieliłbyś w ten sposób, że większe części świata miałyby większe, a małe - mniejsze części ciebie. A przecież tak nie jest. Ale wtedy jeszcze nie rozświetliłeś moich ciemności.
Rozdział VII, 2
Caput VII, 2
Wystarczył mi, Panie, przeciwko tym oszukanym oszustom i gadatliwym niemowom, bo nie słychać od nich było twojego słowa, wystarczył mi argument, który jeszcze w Kartaginie podnosił Nebrydiusz, a wszyscy, którzy słuchali byli poruszeni: gdyby był jakiś rodzaj ciemności, któremu jako przeciwna masa musiałbyś się przeciwstawić - co by było, gdybyś odmówił walki? Jeśliby odpowiedzieć, że stałaby ci się krzywda, znaczyłoby to, że jesteś naruszalny i zniszczalny. Jeśliby zaś odpowiedzieć, że nie dałoby się ciebie skrzywdzić, nie byłoby sensu walczyć. Bo byłoby to walka, w której jakiś fragment ciebie i część twojego ciała albo twoje potomstwo z samej twojej substancji zmieszało się z wrogimi siłami i nie przez ciebie stworzonymi naturami, i tak zostało przez nie zepsute i zmienione na gorsze, że w biedzie odwróciłoby się od piękna i potrzebowało pomocy, która mogłaby je podnieść i oczyścić, a to byłaby dusza, której Słowo twoje przyszłoby na pomoc: wolne - niewolnikowi, czyste - skażonemu, kompletne -zepsutemu, ale samo zniszczalne, bo z jednej i tej samej substancji. I tak jeśli ciebie, czymkolwiek jesteś, to znaczy substancja twoja, którą jesteś, jeśli nazwiemy ją, czyli ciebie niezniszczalnym, fałszywe są te wszystkie twierdzenia i obrzydliwe: jeśli zaś nazwiemy cię zniszczalnym, samo to twierdzenie jest fałszywe i, prawdę mówiąc, odrażające. To więc było wystarczającym argumentem przeciwko nim, tak czy inaczej wymiotującym ze ściśniętych piersi, bo nie mieli jak uniknąć koszmarnego bluźnierstwa serca i języka, kiedy czuli i mówili o tobie takie rzeczy.
Rozdział VII, 3
Caput VII, 3
Choć już mówiłem i mocno czułem, że Bóg nasz, który stworzył nie tylko dusze nasze, ale i ciała, a nie tylko nasze dusze i ciała, ale wszystkich i wszystko, jest nienaruszalny i niezmienny i w żadnej części nie podlega odmianie, to jednak nie znajdowałem wytłumaczalnej i jasnej przyczyny zła. Jakakolwiek by jednak nie była, to uważałem, że powinienem tak jej szukać, żeby nie zmuszać się do wierzenia, że niezmienny Bóg jest zmienny, bo wtedy sam stałbym się tym, czego szukam. Szukałem jej bezpieczny i pewien, że nie było prawdą to, co mówili ci, od których całym sercem uciekałem, bo widziałem, że szukając przyczyny zła sami byli pełni złości, bo woleli raczej uważać, że twoja substancja musi cierpieć zło, niż uznać, że ich własna substancja czyni zło.
Starałem się pojąć to, co słyszałem: że wolna wola jest przyczyną tego, że czynimy zło, a twoim sprawiedliwym wyrokiem jest, że cierpimy, ale nie mogłem tego jasno zrozumieć. Gdy próbowałem wydobyć z głębin ostrze umysłu, spadałem znowu, a że często próbowałem, spadałem znowu i znowu. Jednak wiedziałem, że mam wolę tak samo jak wiedziałem, że żyję, i to podnosiło mnie w świetle twoim. Bo kiedy czegoś chciałem albo nie chciałem, to byłem pewien, że to ja właśnie a nie nikt inny chcę albo nie chcę i w tym zacząłem widzieć przyczynę mojego grzechu. Jeśli jednak robiłem coś nie z własnej woli, uważałem, że raczej to cierpię niż czynię i nie uznawałem tego za winę ale za zadośćuczynienie, bo prędko uznałem, że ty, którego miałem za sprawiedliwego, nie bijesz mnie niesprawiedliwie. Ale zaraz pytałem: "kto mnie stworzył? Czy nie Bóg mój, który nie tylko jest dobry, ale jest samym dobrem? Skąd zatem się bierze, że chcę zła i nie chcę dobra? Czy może to być, że sprawiedliwie płacę kary? Kto zasiał i posadził we mnie gorycz, skoro cały stworzony jestem przez najsłodszego Boga mojego? Jeśli to diabeł jest sprawcą - skąd ten diabeł? Jeśli on sam przez przewrotną wolę stał się z dobrego anioła diabłem, skąd w nim ta zła wola, która uczyniła z niego diabła, kiedy cały stworzony został jako anioł przez najlepszego Stwórcę?" Takie myśli ciągnęły mnie w dół i dusiły, ale nie aż do tego piekła błędu, gdzie nikt ciebie nie wyznaje, gdzie wolą raczej uznać, że ty cierpisz zło, niż że człowiek zło czyni.
Rozdział VII, 4
Caput VII, 4
Próbowałem ustalić coś pewnego, tak jak ustaliłem to, że niezniszczalne jest lepsze od zniszczalnego i dlatego muszę wierzyć, że ty, czymkolwiek jesteś, jesteś niezniszczalny. I żadna dusza nie mogła i nie może pomyśleć czegoś lepszego od ciebie, który jesteś najwyższym i najlepszym dobrem. A ponieważ naprawdę i na pewno należy przedkładać niezniszczalne nad zniszczalne, tak jak ja już przedkładałem, mógłbym spróbować pomyśleć coś lepszego od mojego Boga, gdybyś nie był niezniszczalny. A gdziekolwiek widziałem, że niezniszczalne należy wybierać przed zniszczalnym, tam powinienem szukać ciebie, i z tego miejsca rozsądzać, gdzie leży zło, to jest: skąd pochodzi samo zepsucie, które nie może zostać w żaden sposób skrzywdzić twojej substancji. Bo zniszczenie nie krzywdzi naszego Boga w żaden sposób, ani przez wolę, ani przez konieczność, ani przez żaden nieprzewidziany wypadek, bo on jest Bogiem, i to, czego On chce, jest dobrem, a on sam jest tym Dobrem. A to, co zniszczone nie jest dobre. Ani nie jesteś zmuszony do czegoś wbrew swojej woli, bo wola twoja nie jest większa od twojej mocy. Gdyby była większa, ty byłbyś większy od siebie samego: ale wola i moc Boga są samym Bogiem. Albo co jest nieprzewidziane dla ciebie, który wiesz wszystko? I żadna natura nie istnieje jeśli nie przez to, że ty ją znasz. I po co mówić więcej o tym, że substancja Boga nie może być zniszczalna, kiedy, gdyby tak było, nie byłaby Bogiem?